Zamiast wstępu

Zaczęło się to od drobnego, nic na pozór nie znaczącego wypadku natury zdecydowanie prywatnej...

"21 lipca 1901 r. o godzinie szóstej wieczorem w Urzędzie Stanu Cywilnego w Klimontowie stawił się Jakub Zysman, czterdziestoletni lekarz żyjący w tejże miejscowości i w obecności światków okazał dziecię płci męskiej oświadczając, że urodzone zostało 17 lipca bieżącego roku o trzeciej po południu przez prawowitą jego małżonkę trzydziestoczteroletnią Eufemię Marię z Modzelewskich. Dziecięciu temu przy chrzcie świętym udzielonym tego dnia przez tutejszego księdza nadano imię Wiktor"

Dziecku zmieniono wkrótce nazwisko na Jasieński. Imię Bruno przybrał już jako poeta. Fascynował mnie od wielu lat. Jego wiersze i powieści stawały się powoli cząstką mego życia. Były przestrogą i oskarżeniem bolszewickiego totalitaryzmu. Były doskonałym lekarstwem na chorobę lewicowości, która często staje się przypadłością ludzi młodych i wrażliwych. Były w końcu tragiczną przypowieścią o tym jak człowiek wielkiego talentu zapatrzony śmiertelnie w demoniczną idee z każdym zapisanym zadaniem zabija siebie jako pisarza.

Meandry jego biografii śledziłem z uporem godnym wytrawnego detektywa. Była to przygoda intelektualna ale przede wszystkim doskonała odskocznia od codzienności. W żadnym wypadku jednak nie alienacja. Wręcz przeciwnie. Wiele poznanych ludzi, przeczytanych książek, cudownych podróży, przygód. A wszystko zaczęło się tak niewinnie. W autobusie linii 141 znalazłem tomik nieznanego mi wówczas poety Brunona Jasieńskiego.

Pamiętam dzień kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Klimontowa. Był schyłek wakacji. Wysiadłem z PKS - u. Pachniało ziołami. W koło przejmująca cisza. Nie mogłem w niej odnaleźć krzykliwego futurysty i apologety rewolucji bolszewickiej. Prześliczny barokowy kościół pod wezwaniem św. Józefa a na wzgórzu podominikański zespół klasztorny i bizantyjski obraz Madonny. Podobno niegdyś Najświętsza Panienka ściągała do Klimontowa niezliczone pielgrzymki. Widocznie jednak limit cudów się wyczerpał. Nastała cisza. Trudno było mi uwierzyć, że tutaj urodził się człowiek, który strącał z piedestałów pomniki Mickiewicza i Słowackiego. Poeta, który siłą swojego talentu wyniósł na wyżyny heroizmu upiornego przywódcę rabacji galicyjskiej. Pisarz, który z zimną krwią zniszczył Paryż.

"Wykradłem probówki w Instytucie Pasteura i 14 lipca zaraziłem Paryż dżumą, rozbiłem go na wysepki małych, pożerających się wzajemnie państewek. Całą dzielnicę Opera wsadziłem na wielki parowiec transatlantycki i z radosnym spokojem spuściłem go na dno. Radziecka krytyka zarzucała mi anarchię i miała słuszność. Ale jeżeli drewniany Chrystus biedaków wybaczył im grzechy za to, że go kochali, to sądzę, iż nasz wielkoduszny proletariat wybaczy nam to, że nienawidziliśmy i że w naszej nienawiści traciliśmy zmysły”

I pomyśleć, że życie Brunona Jasieńskiego mogło potoczyć się całkiem inaczej. Kościół, który widział przez okno rodzinnego domu napełnić mógł go pokorą. Klimontowska Madonna ukoiła by jego niespokojną duszę. Tak by się zapewne stało gdy by nie ta przeraźliwa cisza. Ogłuszająca cisza prowincjonalnego miasteczka...

 

1.

Dziś już trudno ustalić choćby podstawowe fakty z biografii najbliższej rodziny Brunona Jasieńskiego. Wiele w niej znaków zapytania i niedomówień. Brak dokumentów i często wykluczające się na wzajem relacje świadków utrudniają w dotarciu do obiektywnej prawdy. Po latach bowiem łatwiej nam mówić o prądach myślowych czy tendencjach epoki niż o ludziach, którzy tworzyli jej obliczę.W większości przypadków pozostają oni dla współczesnych anonimowi bohaterami dziejów.

Rodzicami przyszłego poety byli Eufemia, Maria z Modzelewskich ( 1865 - 1930 ) i Jakub Zysman (1863 - 1926 ). Maria urodziła się najprawdopodobniej w Warszawie. Pochodziła z rodziny szlacheckiej. Wedle niektórych źródeł była utalentowana malarką. Niestety nic nie wiemy na temat przebiegu jej kariery artystycznej. Przypuszczalnie prowadzenie domu i wychowanie trójki dzieci było na tyle absorbujące, że malarstwo stało się dla niej jedynie nie zobowiązującym hobby.

Jakub urodził się w Płocku w rodzinie żydowskiej jako syn Hersza Bera Zysmana i Łai z Przysucherów. W 1887 r. ukończył medycynę na Uniwersytecie Warszawskim. Dwa lata później zmienił wyznanie z mojżeszowego na ewangelickie przystępując do kościoła augsbursko - reformowane. Najwyraźniej chciał w ten sposób odciąć się swoich żydowskich korzeni. Obsesja na temat pochodzenie miała mu już towarzyszyć do końca życia.

Około roku 1892 Maria i Jakub już jako małżeństwo osiedlili się w Klimontowie. Było to niewielkie miasteczko na Wyżynie Opatowskiej oddalone o przeszło 30 km od Sandomierza. Warto tu dodać, że żydzi stanowili wtedy blisko 80% jego mieszkańców. Obsesja Jakuba znowu odżyła. Jedną z jego pierwszych inicjatyw społecznych było założenie sklepu "katolickiego" Z relacji mieszkańców wynika, że doktor wyraźnie unikał jakichkolwiek zażyłości ze środowiskiem tamtejszych żydów. Kontakty z nimi nigdy nie wykraczały po za ściśle rozumiane obowiązki lekarza rozmowach prywatnych wyczuwano u niego silnie skrywany kompleks swojego "nienajlepszego" pochodzenia. Nie było jednak mowy o alienacji. Mieszkańcy Klimontowa jego niespożytej energii zawdzięczali bank spółdzielczy Towarzystwo Pożyczkowo - Oszczędnościowe, szkołę, bibliotekę, remizę. Pan Jakub był również działaczem Towarzystwa Gniazd Sierocych. Przez kilka lat blisko współpracował z prekursorem systemu rodzinnego wychowania sierot Kazimierzem Jeżewskim. Pomimo takiego nawału pracy w najmniejszym nawet stopniu nie zaniedbał swoich obowiązków lekarza. Mieszkańcy Klimontowa wspominali:

"Biedaków leczył bezpłatnie, a jak do chaty zaglądała nędza, to po wizycie Zysmana chory mógł jeszcze zapomogę od niego pod poduszką znaleźć. Z aptekarzem też po swojemu spiskował: jak kogo nie stać było na lekarstwo, to dostawał receptę z jakimś łacińskim znaczkiem - i aptekarz za darmo medykamenty wydawał, a doktor potem się z nim rozliczał, fornali też bezpłatnie leczył, ale za nich od Karskiego zawsze coś tam wydusił, tak to na własną rękę ubezpieczenie wprowadzał. Nie było dla niego złej drogi ani złego czasu, żeby do chorego jechać."

W oczach mieszkańców Klimontowa małżeństwo Zysmanów uchodziło za zgodne. Drobne konflikty występowały tylko na tle tzw. "darmowych" pacjentów. Pani Maria robiła mężowi wyrzutu, że zubaża własną rodzinę lecząc bez żadnego wynagrodzenia Poczciwy doktor nie brał jednak tych wymówek do serca i dalej robił swoje. Aby nie denerwować żony zawsze przyznawał jej rację i solennie obiecywał poprawę.

Mieli trójkę dzieci: Jerzego (1895), Irenę ( 1897 ) i Wiktora (1901 ). Wszyscy przyznają, że byli bardzo troskliwymi rodzicami. Dzieci były nie jako ukoronowaniem ich związku. Dlaczego jednak postanowili zmienić im nazwisko? Możemy się tylko domyślać, że chcieli uchronić ich przed bolesnymi przejawami antysemityzmu, który w tamtych czasach był na porządku dziennym. Cała procedura była jednak bardzo skomplikowana i wiązała się z formalnym zrzeczeniem się praw rodzicielskich i wyrażeniem zgody na adopcje. W dokumentach Urzędu Stanu Cywilnego w Klimontowie znaleźć można następującą adnotacje.

"Wiktor Zysman postanowieniem Kaziennoj Pałaty na posiedzeniu odbytym 25 sierpnia 1908 r. ( nr sprawy 27157 ) od 26 sierpnia 1908 r. został usynowiony przez Iwana Ludwikowa Jasieńskiego i jego żonę Anielę Adamowną. Nadano mu nazwisko Jasieński."

Według jednej z niesprawdzonych wersji Aniela i Iwan byli bliskimi krewni generała Romualda Jasieńskiego, który przeszedł do historii jako bohaterski obrońca Port Artura w czasie wojny rosyjsko - japońskiej. Dlaczego jednak zdecydowali się oni na formalną adopcje dzieci Zysmanów i nadanie im swojego nazwiska? Czy obydwie rodziny łączyły jakieś więzy pokrewieństwa? Pytania te pozostają bez odpowiedzi.

Warto w tym miejscu dodać, że istnieje jeszcze inna wersje zmiany nazwiska, której orędowniczką jest znana dziennikarka Joanna Siedlecka:

"Józef Jasieński, zamożny właściciel dwóch majątków w Kieleckiem - Sadłowice i Studzianek koło Opatowa - miał dziesięcioro dzieci: czterech synów i sześć córek - wszystkie bardzo chorowite, jedna poważnie chora. Nic więc dziwnego, że miejscowy lekarz z Klimontowa, doktor Jakub Zysman żydowskiego pochodzenia stał się w jego domu częstym gościem, a w końcu przyjacielem. Był bowiem nie tylko znakomitym lekarzem, ale i społecznikiem, "Judymem z Klimontowa", który założył Kasę Spółdzielczą, biedaków leczył za darmo. I właśnie z wdzięczności dla doktora Zysmana, podziwu dla jego prawości, kultury, stryj Jasieński chciał mu jakoś pomóc, zaproponował więc, że "zaadoptuje" dwóch jego synów. Oczywiście, tylko formalnie, bo doktor nadal będzie ich wychowywał, a stryj da im tylko swoje, nie najgorsze chyba nazwisko, sfinansuje też naukę"

Niestety relacja ta nie jest dostatecznie udokumentowana. Opiera się bowiem wyłącznie na przekazie ustnym Pana Ksawerego Jasieńskiego, który zresztą sam przyznaje, że może mieć on znamiona rodzinnej legendy. Warto tu dodać, że wnuczek Pana Ksawerego jest pięknym jej dopełnieniem - na imię ma Bruno.

Obawiając się niskiego poziomu nauczania w okolicznych szkołach Państwo Zysman zdecydowali się kosztem znacznych wydatków wysłać swoje dzieci do Warszawy. Wiktora ( Bruno ) uczęszczać zaczął do gimnazjum im. Mikołaja Reja. Już wtedy zaczął zdradzać talent literacki. Popularność w szkole zdobył jako tłumacz bajek Iwana Kryłowa i redaktor pism klasowych "Drugak" i "Sztubak". Wspomina o tym jeden z jego szkolnych kolegów:

"Pisemko "Sztubak" wypełniał całkowicie treścią własnych utworów. Pamiętam do dziś dwa doskonałe jak wówczas oceniałem tłumaczenia. Tłumaczenie pięknego wiersza Heinricha Heinego "Król olch" i Friedricha Schillera "Rękawiczka" Według naszej oceny nie bardzo jeszcze wyrobionych ludzi uważaliśmy, że tłumaczenie "Rękawiczki" jest nawet lepsze od tłumaczenia Mickiewicza"

28 czerwca w Sarajewie 19 letni licealista Gawriło Princip zastrzeli następcę tronu austro - węgierskiego Arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Wybucha I wojna światowa. Pan Jakub powołany został do wojska. Jako lekarz uzyskał przywilej ewakuowana rodziny. Fala uchodźców zaniosła ich najpierw do Tuły gdzie Jerzy zdążył jeszcze zdać maturę a następnie do Moskwy. Jakże była ona inna niż Warszawa, która wydawała się jeszcze tak niedawno pępkiem świata. Moskwa targana konwulsjami nadchodzącej rewolucji budziła grozę ale i niekryty zachwyt. Jerzy poszedł w ślady Ojca. Rozpoczął studia medyczne. Renia przygotowywała się do egzaminu maturalnego i pobierała lekcje gry na fortepianie. Marzyła o konserwatorium. Wiktor ( Bruno ) uczęszczać zaczął do polskiego gimnazjum przy Centralnym Komitecie Obywatelskim. Zachowało się z tego okresu wspomnienie jego szkolnego kolegi:

"Wiktor (Bruno) miał uderzającą powierzchowność. Przypominał sylwetkę Chopina. Nosił długie ciemne włosy zaczesane na tył głowy i równo ucięte na linii ramion. Jako uczeń nie miał trudności w nauce. Wiedziałem, że skrycie uprawia pisanie wierszy. Również przypuszczałem, że miał nawiązane kontakty z rosyjską młodzieżową awangardą artystyczną. Jasieński był skryty i nie darzył żadnego ze swoich kolegów wyróżniającą się sympatią"

Na firmamencie poezji rosyjskiej wschodziły właśnie gwiazdy Siewierianina, Kamieńskiego, Chlebnikowa, Szerszenowicza, Jesienina a nade wszystko Władimira Majakowskiego. Potężne imperium Romanowów chwiało się w swoich posadach. Dla starego świata nie było już ratunku. Wiktor ( Bruno ) z zaparty tchem przysłuchiwał się krzykliwym futurystycznym manifestom. Precz z waszą miłością ! Precz z waszą sztuką ! Precz z waszym ustrojem ! Precz z waszą religią !

Bunt przeciwko wszelkim wartościom sięgnął apogeum gdy Majakowski wykrzykiwał Panu Bogu w twarz:

[...]

Myślałem, żeś ty bóstwo wszechwładne

a tyś niedouk, ułomny bożyk

Widzisz,

pochylam się

i nagle

zza cholewy wyciągam nożyk

Szubrawcy skrzydlaci

Tłamście się rojem !

Nastroszcie w strachu piórka rajskie !

Ja Cię przepojonego kadzidłem rozkroję

stąd - po Alaskę

[...]

Przemoc. Krew. Rewolucja. Niszczenie w imię niszczenia !

[...]

Chodźcie,

zziajani,

głodni,

pokorni,

w zawszonym brudku zakiśli ludzięta !

Chodźcie !

poniedziałki i wtorki

ufarbujemy krwią na święta !

[...]

Sztuka się zrewolucjonizowała. Eksperymenty teatralne Wsiewołoda Meyerholda. Geniusz muzyczny Siergieja Prokofiewa. Przełom w sztukach plastycznych. Suprematyzm Kazimierza Malewicza i jego słynny "Czarny kwadrat na białym tle". łuczyzm Michaiła Łarionowa, Konstruktywizm Nauma Gabo i Władimira Tatlina. Indywidualności można mnożyć.

Ale były dla Wiktora ( Brunona ) i chwile wytchnienia. Rzewne romanse Aleksandra Wertyńskiego czy zachwycające muzykalnością wiersze król egofuturysów Igora Siewierianina, którego w przyszłości z taką maestrią będzie naśladował.

[...]

Szampana do lilii ! Szampana do lilii !

Bachicznie, cudownie niech kwitnie nam szał !

Niech biodra rozprężą się w rytm segedilii,

Niech tańczą, jak wtedy, gdy kankan ci grał !

Mam kwiat w butonierce ! Mam kwiat w butonierce !

Mam lilię dziewiczą i wino, i krew !

Pod lilią mam serce, drgające mam serce,

A w sercu mam ciebie i wino, i krew !

7 listopada 1917 r o godz. 2140 po sygnalnym wystrzale z twierdzy pietropawłowskiej, zakotwiczony na Newie krążownik "Aurora" rozpoczął ostrzeliwanie "Pałacu Zimowego". A więc rewolucja !. Jerzy bronił moskiewskiej Dumy przed bolszewikami. Wiktor ( Bruno ) chłonął całym sobą Majakowskiego. Zrozumiał jaką siłą jest słowo. Jak za pomocą niego można hipnotyzować tłumy. Przez pryzmat rewolucyjnej sztuki trudno jest jednak dostrzec dramat pojedynczego człowieka. Jego strach, ból, bezsilność, zagubienie. Zobaczył więc świat poprzez zbiorowość. Rewolucje jako niczym nie opanowany żywioł, który może zakwestionować cały dotychczasowy porządek. Może zmienić bieg historii i niczym oczyszczający ogień, pozostawić w popiołach diament nowego sprawiedliwszego świata. Miał wtedy zaledwie 16 lat. Ta młodzieńcza fascynacja odcisnąć się jednak miała głębokim piętnem na całym jego dorosłym życiu.

4 maja 1918 r. otrzymał świadectwo dojrzałości i srebrny medal za wyniki w nauce. Zadebiutował również jako poeta. Po latach jeden z kolegów wspominał:

"Na wieczorku maturalnym Wiktor ( Bruno ) recytował swój wiersz ăNiebieskie ptaki w powietrzu białym..." Przenieśliśmy się w zupełnie inną atmosferę. Autor w naszych oczach urastał do fenomenu, którego nie spostrzegliśmy w obcowaniu codziennym"

Niebieskie ptaki w powietrzu białym

Na tło obłoków rzucone freską...

Ja jeden tylko myśl ich słyszałem,

Ich myśl słyszałem bladoniebieską

Niech mędrcy trawią bytu legendę

Ja w samym sobie jej treść poznałem.

Rękoma duszy mej łowić będę

niebieskie ptaki w powietrzu białym

Koniec wojny. Pan Jakub zdejmuje wojskowy mundur lekarza. Nareszcie może wracać do ukochanego Klimontowa. Był z siebie dumny, że udało mu się uchronić rodzinę przed okropnościami wojny i rewolucji.

Czy Wiktor ( Bruno ) mógł wtedy przypuszczać, że za niespełna 11 lat przyjedzie ponownie do Moskwy w aureoli pisarza, który unicestwił Paryż - symbol kapitalistycznego świata ?

Do domu dotarli w drugiej połowie 1918 r. Za parę miesięcy Polska miała powrócić na mapę polityczną Europy. Dzieci długo nie zagrzały jednak miejsca w domu. Jerzy zdecydował się kontynuować na Uniwersytecie Jagiellońskim przerwane w Moskwie studia medyczne. Wiktor ( Bruno ) na tej samej uczelni rozpoczął naukę na wydziale filozoficznym. Renia wyjechała do Warszawy by pod okiem wytrawnych pedagogów doskonalić grę na fortepianie. Dom nabierał życia dopiero w okresie przerw szkolnych gdy wracali do rodzinnego gniazda. Wiktor ( Bruno ) był wtedy pełen pomysłów. Bezczynność go męczyła. Postanowił więc założyć teatr amatorski. Refektarz dawnego klasztoru dominikańskiego idealnie nadawał się na scenę. Na pierwszy ogień wybrał sztukę Gabrieli Zapolskiej "Ich czworo". Był jej reżyserem i odtwórcą postaci Mandragory i Męża. Jerzego obsadził w roli Kochanka. Przedstawienie się udało. Widzowie przyjęli je entuzjastycznie. Zachęcony sukcesem przy następnej bytności w domu postanowił wyreżyserować "Sędziów" Stanisław Wyspiańskiego. W spektaklu tym wcielił się w postać Samuela.

Oto jedno z nielicznych zachowanych wspomnień z tego okresu:

"Mieszkał z rodzicami w kamienicy Lubomirskich. Miał swój pokoik na drugim piętrze. Okna wychodziły na górki klimontowskie i pałac właścicieli ziemskich Karskich. W pokoju była kozetka, szafa, przepełniona książkami biblioteczka, na stole maszyna do pisania. Na ścianie wisiał jedyny obraz - akt kobiecy.

Był wysoki i szczupły. Ubierał się w sposób bardzo elegancki. Nosił długie włosy zaczesane do tyłu i nigdy nie rozstawał się z monoklem i laseczkę. Zwracał tym na siebie powszechną uwagę. Ale chyba to bardzo lubił. W skrytości ducha podkochiwałyśmy się w nim więc kiedyś w czasie próby "Wesela" dla żartu wyrzuciliśmy mu monokl prze okno. Nieszczęśliwym trafem zbiło się szkiełko. Wiktor ( Bruno ) bardzo to przeżywał i zagroził odwołaniem spektaklu w przygotowanie, którego włożyliśmy tyle czasu i energii. Musieliśmy kupić u zegarmistrza nowe szkiełko i udobruchać go pochwałami. Mieliśmy szczęście, że nie było to szkiełko optyczne bo wtedy czekała by nas wyprawa do Sandomierza. Był reżyserem bardzo wymagający. Każdą scenę miał w pamięci. Nie można było nic opuścić czy zrobić po łepkach. Zawsze po próbach chodziliśmy na spacery. Wtedy czytał nam swoje wiersze. My wychowane na poezji romantycznej nie bardzo je rozumieliśmy. Dla grzeczności mówiliśmy, że są bardzo ładne. Miał jeszcze jedną śmieszną cechę. literę "r" wymawia zawsze tak jakoś bardzo gardłowo"

( Monokl Jasieńskiego wcale nie korygował wady wzroku, na którą tak chętnie powołuje się Anatol Stern a był tylko jednym z rekwizytów mających na celu podkreślenie swojej inności. Jak napisał wiele lat później Stefan Priacel "był szklaną tarczą dzięki której poeta odgradzał się od brutalności świata" )

Apogeum działalności amatorskiej sceny było wystawienie "Wesela" S. Wyspiańskiego. Wiktor ( Brunon ) miał okazje dwukrotnie oglądać tą sztukę. Najpierw w Moskwie na scenie Polskiego Teatru z niezapomnianymi kreacjami Osterwy, BrydziŃskiej, Mirskiej i Starskiej i niemal bezpośrednio po wojnie w teatrze im Słowackiego w Krakowie. Klimontowska premiera różniła się jednak znacznie od tradycyjnych adaptacji arcydzieła Wyspiańskiego. Jerzy Butwiłło znany dziennikarz i regionalista pisał:

"Było to prawdopodobnie w roku 1920 [...] Jeden szczegół tego spektaklu jest specjalnie ciekawy. Jasieński dopisał dla siebie utrzymaną w stylu Wyspiańskiego dodatkową rolę, mianowicie postać Widma Głodu. Występowało ono w klimontowskim przedstawieniu dwukrotnie, owinięte w czerwony obszerny całun - sztandar. Po raz pierwszy - wygłaszając prolog przed I aktem oraz w akcie II jako symboliczna postać Rewolucji, ukazującej się Poecie.[...] Pierwsze słowa Widma Głodu w II akcie były słowami Manifestu Komunistycznego: Widmo krąży po Europie, widmo komunizmu..."

Wiktor ( Bruno ) grał poetę i widmo głodu, Jerzy pana młodego a Renia znakomicie wcieliła się w postać Racheli. Pozostałe role obsadzone były przez mieszkaŃcy Klimontowa i chłopów z pobliskich wiosek. E. Balcerzan pisał:

"Niektórzy z nich nie znali... liter! trzeba ich było uczyć tekstu w wielogodzinnym, głośnym odczytywaniu wciąż tych samych kwestii dramatu."

Pewną ciekawostką jest fakt, że wiersz dopisany przez Wiktora ( Brunona ) jako wstęp do I akty dramatu zachował się do naszych czasów wyłącznie dzięki pamięci widzów i uczestników tamtego przedstawienia. Nie był on bowiem przez poetę nigdy publikowany.

[...]

A kiedym stanął przed archaniołem

I śpiewać jołem

Pieśń o nieszczęściu naszym człowieczym

Archanioł pierś mi rozrąbał mieczem

Aż krew potokiem chlusta przez usta

I pierś otworzył

A pierś była pusta!

Za moje męki próżnych wymówek,

Za moją pustkę co mi trzewia szarpie

Przychodzę tu

BudziĆ ze snu

Was, polscy obywatele

Na Wesele! Na Wesele!

[...]

Tą pustkę, która go dręczyła chciał zagłuszyć poezją, pięknymi kobietami, alkoholem. Nie pomogło. Wtedy na nieszczęście odkrył w sobie pasje polityczną. Ten niewinny cytat z manifestu komunistycznego, w wyreżyserowanym przez niego "Weselu" był symbolicznym początkiem drogi, z której pomimo wahań już nie zawrócił.

7.05.1921 r. zmarła Renia ukochana siostra Wiktora (Brunona). Była jedyną w rodzinie entuzjastką jego talentu. Pierwsza słuchała nowo napisanych wierszy. Kaligraficznym pismem utrwalała każdą strofę. Razem dokonywali wyboru utworów do "Buta w butonierce." To właśnie Renia wyprosiła od rodziców pieniądze potrzebne na wydanie tej książki. W egzemplarzu sygnowanym nr 1. ( Wiktor ) Bruno wpisał jej następującą dedykacje:

"Za to, co jest w tej książce złego, nie mniej do mnie pretensji. Niektóre rzeczy właśnie przez to są dobre, że są złe. Zresztą, które by były dobre, gdyby nie było złych"

Poświęcił jej również prześliczny wiersz "Deszcz" opatrzony mottem z Verlaine

[...]

Krzywy pajac, biedny klown,

Głupi rycerz Beatryczy

Twarz wykrzywił zło, jak faun

Na podłodze siadł i KRZYCZY...

Jak chcesz wrzeszczeć - ciszej wrzeszcz !

Przyjdą ludzie ! Światła wniosą! ...

Pada deszcz. Pada deszcz.

Monotonie. Capricioso.

Można tu na pewno mówić o pokrewieństwie artystycznych dusz. Renia była uzdolnioną pianistką. To ona wprowadziła Brunona w świat wielkiej muzyki. To za jej sprawą poszedł pierwszy raz do filharmonii. Dzięki niej w wierszach brata rozbrzmiewała muzyka Bacha, Bizeta, Chopina, Grieg, Karasińskiego, Liszta, Musorgskiego, Straussa, Skrabina czy Verdiego.

Wiadomość o śmierci siostry zastała Brunona w Krakowie. Zareagował bardzo osobistym wierszem, który opatrzył znamienną dedykacją "Tobie Malutka, wszystko co dobrego napisałem i napiszę kiedykolwiek"

Edward Balcerzan pisał:

"W wierszu "Pogrzeb Reni" opis ceremoniału cmentarnego miesza się nieustannie i przeplata z opisem ceremoniału zaślubin. W najdawniejszych obrzędach weselnych ślub inscenizowano jako "śmierć panny młodej". Ale konwencjonalność, baśniowość, krzyżowanie się rytmów kołysankowych z motywami grozy, rodem z dziecięcych opowieści i rojeń, wszystko to chroni omawiany wiersz przed nadużyciem stylistyki erotyków. Poeta żegna siostrę. Czytelnik uczestniczy w rytualne zaślubin dwojga zakochanych w sobie ludzi. Biografia przechodzi w mit."

[...]

Chodził pajac po pokoju

Do samego rana.

Ktoś ją długo w sali stroił.

Jeszcze nie ubrana.

Takie głupie bywa życie ...

Chodził pająk po suficie.

Aa aa

Patrz, patrz, jak ładnie !

Jak on nie upadnie !

Chodził, chodził, drogę macał, huśtał się jak ślepy...

Niech już oni sobie idą.

Po co oni znów

Grają one - stepa.

Renia nie chce tańczyć ...

Renia jest zmęczona ...

Powiedzcie im niech przestaną.

Już jest późno przecież

Zaraz będzie rano ...

W pierwszą rocznice śmierci zadedykował Reni "Pieśń o głodzie". Poemat ten stanowił odpowiedz na "Obłok w spodniach" Władimira Majakowskiego. Powiązania pomiędzy tymi utworami są jednak bardzo ścisłe. Przy uważnej lekturze odnosi się wrażenie, że całe fragmenty "Pieśni o głodzie" stanowią utajone tłumaczenie poematu Majakowskiego. Doszukać się jednak można bardzo symptomatycznej różnicy. O ile Majakowski przywołuje w lirycznych opisach swoją kochankę Marię, która go opuszcza dla innego mężczyzny to Jasieński snuje w tych miejscach miłosne wspomnienia o nieżyjącej siostrze.

[...]Reniu !

to ty !

jak dobrze, że przyszłaś.

aksamitnymi rękami po twarzy mnie głaszczesz.

pamiętasz wtedy wieczór...

deszcz za oknami śpiewał.

słuchałem, czy choć jeden nerw Twój jeszcze drży mną.

na zielonym cmentarzu teraz skomlą drzewa

i jest tak bezlitośnie, przejmująco zimno.

teraz sam, jak podrzutek przez pusty przytułek,

pójdę pomiędzy ludzi daleki i obcy.

w maleńkim gniazdku serca nie ma już jaskółek,

zabili mi ostatnią źli, niegrzeczni chłopcy.[...]

Śmierć Reni odcisnęła się głębokim piętnem na psychice całej rodziny. Nic już nie było jak przedtem. Pan Jakub zamknął się w sobie. Nie zaprzestał praktyki lekarskiej ale działalność społeczną ograniczył do minimum. Pani Maria do śmierci chodziła w żałobie. Dla Brunona i Jerzego na zawsze już sielankowe lata dzieciństwa spędzone w Klimontowie stały się wspomnieniem o siostrze, która tak nagle odeszła.

Pan Jakub zmarł pięć lat później 24 kwietnia 1926 r. Jedna z mieszkanek Klimontowa była świadkiem ostatnich chwil jego życia. W licznych opowieściach z całą konsekwencją podkreślała, że doktor co do minuty przewidział swoją śmierć.

"Chodził miarowym krokiem po pokoju, przytrzymując rękami na piersiach metalową grzałkę z gorącą wodą. Spojrzał na zegarek. "Mam jeszcze półtorej godziny życia" - powiedział jakby nigdy nic i dalej kontynuował swój marsz po izbie. Za chwile weszła jego żona z wiadomością, że właśnie odprawiła jakąś wiejską kobietę, która przyszła po poradę. "Powiedziałam jej - mówi Zysmanowa - żeby poszła do innego lekarza, bo przecież ty jesteś ciężko chory" Doktor zatrzymał się. "Maniu, zrobiłaś źle. Jeżeli ta kobieta tutaj przyszła, to znaczy, że na pewno nie ma pieniędzy na innego lekarza. Wyjdź natychmiast zawołaj ją z powrotem. Zdążę jej jeszcze coś poradzić." Wkrótce chora kobieta stanęła przed lekarzem. Zbadał ją i wypisał receptę. Swoim zwyczajem nie wziął za wizytę ani grosza. Poczym znów przycisnął do piersi metalową grzałkę. "Pozostało mi jeszcze pół godziny życia. Wyjdźcie proszę i zostawcie mnie samego. Nikt już mnie nie pomoże, a chciałbym wam oszczędzić widoku umierającego człowieka. Zresztą - zmierzył sobie puls - tę rzeczy każdy musi zrobić sam, o własnych siłach. Chodzi tylko o to, żeby ją zrobić dobrze" Sam dla siebie był ostatnim pacjentem. Gdy po jakimś czasie domownicy zajrzeli do pokoju Jakub Zysman już nie żył. Miał twarz spokojną, jakby się nic nie stało"

Na jego pogrzebie było kilka tysięcy ludzi. Niestety w śród nich zabrakło Wiktora ( Brunona ). Przebywał on już wtedy w Paryżu. W parę lat później przywołał on postać swojego Ojca szkicu autobiograficznym:

"Ojciec mój był lekarzem prowincjonalnym; na całe życie osiedlił się w tym zakątku, odległym od najbliższej stacji kolejowej o 35 wiorst. Chłopów, znaczną cześć roku biedujących o chłodzie i głodzie, leczył przeważnie darmo. W okolicy uchodził za wielkiego dziwaka, który zwrócił przeciwko sobie miejscową górę z aptekarzem na czele, który nie mógł mu wybaczyć odmowy wystawiania wieśniakom recept na drogie lekarstwa."

Ceremonie pogrzebową prowadził pastor ze zboru ewangelickiego ze Staszowa ale obecny był również biskup sandomierski i rabin.

Ks. Lenartowicz zanotował w kronice parafialnej:

"Doktor odznaczał się wielką pracowitością i miłosierdziem dla biednych, a także bezinteresownością - ubogich leczył za darmo Zostawił po sobie pamięć dobrego człowieka i zasłużonego dla społeczeństwa Polaka"

Pochowany został na cmentarzu w Klimontowie w miejscu wyznaczonym dla innowierców.

Po śmierci męża sytuacja materialna Pani Marii uległa gwałtownemu pogorszeniu. Jedna z jej sąsiadek wspomina:

"Obrazy dostałam w prezencie za przerobienie paru jej sukienek. Doktor nie pozostawił po sobie majątku, to był przecież skromny człowiek i wyjątkowy lekarz. Więc pani Maria ofiarowała mi te obrazy zamiast pieniędzy."

Po paru latach przeniosła się do Jerzego, który był ordynatorem jednego z krakowskich szpitali. Zmarła w 1934 r.

Jerzy zrobił karierę naukową.1923 r uzyskał na Uniwersytecie Jagiellonskim dyplom doktora wszech nauk lekarskich. W listopadzie 1928 r. jako stypendysta fundacji Rockefellera wyjechał do Paryża. Mieszkał wtedy u Wiktora (Brunona) i jego żony Klary. Widział sceniczną adaptacje "Słowa o Jakubie Szeli" w reżyserii brata. Czytał w "Humanite" jego powieść "Pale Paryż". Wiktora (Brunona) ostatni raz widział pod koniec kwietnia 1929 r.

"Na polecenie prefekta policji paryskiej brat został w raz z innymi cudzoziemcami - komunistami aresztowany i po krótkim areszcie deportowany do Belgii. Dowiedziałem się dokładnie, o której godzinie i z jakiego dworca odjeżdża pociąg. Aresztowani zajmowali specjalny wagon w pociągu idącym do granicy. Widziałem Brunona w oknie wagonu."

Po powrocie do kraju został ordynatorem nowo wybudowanego Szpitala Ubezpieczalni Społecznej w Krakowie. Dzięki posiadaniu rdzennie polskiego nazwiska szczęśliwie przetrwał okupacje. Zaraz po wojnie otworzył przewód habilitacyjny 1951 r. został mianowany profesorem nadzwyczajnym i kierownikiem III Katedry Kliniki Chirurgicznej Akademii Medycznej. Dziesięć lat później uzyskał tytuł profesora zwyczajnego. Do jego największych osiągnięć należą pionierskie badania nad patofizjologią chorób nerek, które zapewniły mu stałe miejsce w światowym piśmiennictwie. Odrębną grupę prac stanowiły badania nad patogenezą gruźlicy pozapłucnej, leczeniem operacyjnym choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy oraz chirurgia wątroby, tarczycy i trzustki.

Jeden z jego współpracowników wspominał:

"Jasieński był tytanem pracy. Swoją przysłowiową niemal pracowitością zarażał. Wynikiem jego kilkudziesięcioletniej, mrówczej pracy było przeszło 150 opublikowanych w języku polskim i językach obcych prac naukowych i ponad 200 prac jego uczniów wykonanych pod jego kierunkiem.[...] Był człowiekiem o głębokiej kulturze, której najlepszym kryterium był jego stosunek do beznadziejnie i nieuleczalnie chorych, dla których miał zawsze słowa pociechy i ukojenia. Toteż chorzy ci oczekiwali Jego wizyty z prawdziwą tęsknotą. Ta uporczywa, do końca prowadzona przez Profesora walka o ich życie, to gorączkowe poszukiwania w skarbnicy swego ogromnego doświadczenia i w światowej literaturze fachowej jakiegoś środka, który można by zastosować u takiego chorego, był dla jego współpracowników niedoścignionym wzorem, a równocześnie świetną szkołą głębokiego humanizmu lekarskiego"

Profesor Jerzy Jasieński zawsze mawiał "To co zostawimy dla siebie - utracimy. To zaś, co oddamy innym pozostanie dla nas na zawsze." Zmarł w Krakowie 27.09.1963 r.

____________________________________________________