W cienistych głębiach oceanu, gdzie nie dosięgają już prądy, wiry i odpluski
fal, w nieruchomej, zielonkawej wodzie, martwej jak woda akwarium, w lasach
gigantycznych wodorostów, przedpotopowych sigilaryj i lian, żyje ryba flądra.
Gdzieś, setki metrów wyżej, w wiecznej, niezmordowanej pogoni pędzą białogrzywe
fale, czarnym lemieszem prują na metry w głąb obolałą powierzchnię oceanu
kadłuby olbrzymich parowców, w mętnej galarecie wody trzepocą galaretowate o
śmiornice, jak chłodny błysk reflektora przecinają głębie sztyletem, łuski
długie, wyostrzone ciała ryb w niespokojnym pościgu.
Na dole jest cisza, chłodny,
twardy piasek, sady drzew bezpłodnych i białawych jak chmury oglądane z aeroplanu.
Dno jest jak niebo, jak odbicie nieba w wypukłej, niezmierzonej kropli
oceanu, z kosmosem własnych ruchomych morskich gwiazd, zwyrtkich, ogoniastych
komet - chłodny pośmiertny przytułek zabłąkanych, strudzonych wędrowców.
Na
dnie żyje ryba flądra. Wział ktoś rybę, rozciął ja wzdłuż grzbietu przez pół
i połowę położył na piasku. Ryba flądra ma jedną tylko stronę - prawą.
Lewą jej stroną jest ziemia, dno.
Od nieużywania organu organ zanika.
Wszystkie organy flądry z lewej, nie istniejącej strony przeniosły się na
prawą. I z prawej strony, jedno obok drugiego, patrzy zawsze w górę para
maleńkich, beznamiętnych oczu.
Oczy patrzą zawsze w góre, oba po jednej
stronie, poczwarne, niesamowite, dziwaczne, a lewej strony - w ogóle nie
ma.
W ogromnym mieście Paryżu, w rudym, piegowatym domu przy ulicy Pavé, mieszka
rabi Eleazar ben Cwi.
Ulica Pavé leży w sercu dzielnicy Hotel de Ville,
małego żydowskiego Paryża. W środku międzynarodowego miasta, w centrum Francji,
przyniesione tu skądś, ze Wschodu, z żyznych pól Ukrainy, z kałużastych miasteczek
Galicji, osiadło, namuliło się przez kilka dziesięcioleci, wyrosło beztradycyjne
nowoczesne getto, trwałe, nierozpuszczalne, odosobnione.
W wielkim wielojęzycznym
mieście ścierają się z soba na miał setki języków, dziesiątki narodów i ras,
użyźniajac mierzwą nowych, zapładniajacych elementów chłodną glebę francuską.
Żydzi polscy i rosyjscy z właściwą im zdolnością nieasymilowania sie, wlani
w roztwór miasta, wypłyną zawsze na powierzchnię jednolitą plamą oliwy.
W Paryżu kotłują się masy, powstają i upadają gabinety, zderzają się i przesadzają w karkołomnym wyścigu wydarzenia. Tu jest cisza, czarny połyskliwy asfalt,
lśniący jak berdyczowskie błoto, jeszybot i bożnica, tydzień od piątku do
piątku i co piątek na stołach u okien karłowate drzewka zakwitają pomarańczowymi
płomykami świec.
Tu są swoje własne wydarzenia. Do piekarza Herszla
przyjechał czerwonym samochodem syn z Ameryki i samochód nie mógł wjechać
w wąską szczelinę uliczki Prevost. Z Jass przybyła nowa partia Żydów uciekających
przed pogromem. Córka tandeciarza Mendla, która zeszłego roku zbiegła do
miasta z Murzynem dżazbandystą z kawiarni na ulicy Rivoli i po miesiącu
wróciła do ojca, urodziła dziecko, małego Murzynka, i stary Mendel powiesił się w sieni ze wstydu przed sąsiadami. W wąskich, obłupanych uliczkach stygnie
stęchłe galaretowate powietrze, nieruchome i przezroczyste, i wieczorem załamujące
się w nim cienie latarni kołyszą się leniwie jak gigantyczne wodorosty.
Rabi
Eleazar ben Cwi ma dwoje osadzonych blisko siebie oczu i oczy patrzą zawsze
w górę, beznamiętne, maleńkie, bliźniacze, obrócone ku niebu, w którym zdają
sie widzieć jakieś dla nich tylko dostrzegalne rzeczy. Od nieużywania
organu organ zanika. Rabi Eleazar ben Cwi widzi wiele rzeczy niedostępnych
ludzkiemu wzrokowi, a nie widzi tych najprostszych; zna jedną tylko stronę - tę zwróconą do nieba, a tej obróconej ku ziemi - w ogóle nie ma.
Od dawna,
odkąd pamietają mieszkańcy Hotel de Ville, rabi Eleazar ben Cwi mieszkał
stale w domu przy bożnicy nie opuszczając go nigdy. Z domu jest wejście wprost do bożnicy i rabi Eleazar ben Cwi, by odmówił maref,
nie potrzebuje przechodzić przez ulicę. Ulica nie zna rabiego Eleazara.
Znają go tylko ci, co zasięgali jego rady, to znaczy, zna go cały Hotel de
Ville, bo i któż nie zasięgał rady rabiego Eleazara ben Cwi, który jest mędrszy
od wszystkich rabinów-cudotwórców i do którego na sąd przyjeżdżają specjalnie
samochodami nawet kupcy z tamtego brzegu Paryża?
Rabi Eleazar ben Cwi
nie był w Paryżu. Przyjechał tu przed pięćdziesięciu laty ze swego miasteczka
i od razu zamieszkał w domu przy synagodze. A mądrości jego w zawiłych sporach
kupieckich nie mogą się nachwalić kupcy paryscy.
Rabi Eleazar ben Cwi ma
swego starego szamesa, który jeden mógłby opowiedzieć o świątobliwym życiu
rebego. Ale szames opowiada niechętnie i całe dnie i wieczory spędza przy
boku rebego. Szames powiada, że rebe jest bardzo słabowity, i nie dopuszcza
do niego osobiście z byle głupstwem, póki sam się nie przekona, że sprawa
jest ważna i wymaga rady w cztery oczy. Jedno jest pewne: komu rabi Eleazar
da w chustce swą ksybę, ten, choćby najcięższą boleścia Bóg go doświadczył,
wraca do domu beztroski i wesół jak ptaszek. Toteż drzwi do rebego zamykają
sie rzadko, a staremu szamesowi, kiedy wychodzi w piątek na zakupy, nigdy
nie braknie pieniędzy w przetartej aksamitnej portmonetce.
Rabi Eleazar
ben Cwi ma dwoje maleńkich, blisko siebie osadzonych oczu, obydwoje od strony
nieba. Szames mówił w sekrecie staremu Herszlowi, że rebe często rozmawia
z Bogiem. Długo, godzinami, Bóg i rebe gawędzą ze sobą. I Żydzi wiedzą: rebe
może mówić z Panem Bogiem, kiedy zechce. To tak, jakby miał z nim stałe połączenie
telefoniczne. Zwykli Żydzi mogą dzwonić do Boga całe życie i nigdy nie uzyskają
komunikacji: tylu ludzi na raz chciałoby się do niego dodzwonić. Czasem,
raz w życiu na krótka chwile, udaje się Żydowi osiągnać z Nim połączenie
i wtedy należy się bardzo śpieszyć, by wyłożyć swoją prośbę, zanim nie przeszkodzi
kto inny.
O rabim Eleazarze można by powiedzieć, że ma ma do dyspozycji osobną
linię i rozmawiać może z Bogiem o każdej porze, bez obawy, że mu ktoś przerwie.
Zresztą rebe Eleazar wie, że Pan Bóg, jak każdy Żyd, nie lubi, by go nagabywano,
gdy jest zajęty, i wie już, w jakich godzinach można porozmawiać z nim najswobodniej.
I Pan Bóg ma za to słabośc do rebego Eleazara, i nie byto jeszcze wypadku,
aby mógł mu czegos odmówic.
Tak minęło wiele, wiele lat. Ile? Tego dokładnie
nie pamietał nawet stary szames.
Roku tego rabi Eleazar ben Cwi czuł się
już bardzo słaby, często rozmawiał z szamesem o śmierci i przyjmował osobiście
tylko w bardzo wyjątkowych wypadkach.
Pewnego wieczora szames wrócił z miasta
później niż zwykle i rebe omal nie opóźnił przez niego kolacji. Szames był
bardzo wystraszony. Na mieście opowiadano o jakiejś strasznej chorobie, która
nawiedziła Paryż. Dzieci krawca Lewiego, które, jak to dzieci, poszły tańczyć
na święto francuskie - w parę godzin po powrocie umarły w strasznych boleściach.
Tej samej nocy umarła na boleści żona kamasznika Symchy i jeszcze trzy Żydówki.
Od rana zmarło dwunastu Żydów. Na mieście panuje wielki lament. Szames, który
pamiętał cholerę w Żmerynce, widział w tym jej niezawodne objawy, chociaż
gazety nazywały nową zarazę inaczej. Żydzi są bardzo zatrwożeni i wybierają
się gromadą do rebego prosić go o radę.
Rabi Eleazar ben Cwi wysłuchał sprawozdania
szamesa w milczeniu, jak bardzo jednak wziął je sobie do serca, widać było
już z tego, że nie dojadł nawet kolacji. Umywszy ręce, kazał podać sobie
tałes i zszedł da bożnicy.
W synagodze panował już lament i płacz. W
ciagu wieczora umarło jeszcze trzydziestu Żydów. Nazwiska krążyły z ust do
ust.
Rebe Eleazar długo modlił się zgięty nad swym pulpitem. Kiedy zamknał
sejfer i odwrócił się do wiernych, twarz miał pogodną i świetlaną. Kazał
zaraz na drugi dzień odprawić ślub na cmentarzu, jak to jest w zwyczaju w
czasie zarazy. Wyszukano na miejscu młodego i młodą. Kupiec bławatny, Szyja,
i czapnik, Sender, podjęli się wyposażyć młoda parę.
Ślub odbył się nazajutrz
na cmentarzu Bagneux, w obecności Żydów z całego Hótel de Ville. Po ślubie
odprowadzono młodych do domu.
Tej samej nocy młoda umarła z objawami zarazy.
Szames, do którego wystraszeni Żydzi przybiegli z tą nowiną, długo nie
ważył się powtórzyć jej rebemu. Wreszcie, w obawie, że rebe sam się dowie
o tym w bożnicy, a wielkimi ostrożnościami dał mu do zrozumienia, co zaszło. Rabi Eleazar nie powiedział nic, ale twarz jego, koloru jego mlecznej
brody, stała się jeszcze bledsza, i szames zauważył, że ten zły omen wywarł
na nim wielkie wrażenie.
W synagodze panował lament głośniejszy jeszcze
niż wczoraj. W ciągu dnia umarło znowu sześćdziesięciu Żydów. Między nimi
wszystkie pomywaczki wczorajszych trupów. Umarło nadto dwunastu Zydów z
towarzystwa ostatniej posługi, którzy chodzili odwiedzać rodziny nieboszczyków,
siedzące na pokucie. W Paryżu ludzie padali podobno na ulicach tysiącami.
Przez cała noc trwało w bożnicy nabożenstwo, przerywane wtargnięciem coraz
to nowych zwiastunów szerzącego się moru. Co chwila ktoś z rozmo
dlonych dowiadywał się o wypadku zarazy w swoim własnym domu i, zawodząc,
wybiegał z synagogi.
Do rana modlił się żarliwie rabi Eleazar, zgarbiony
nad swoim modlitewnikiem. Nad ranem z trudnościa trzymał się już na nogach
i gabe z szamesem musieli pod ręce odprowadzić go na górę.
Na cały nastepny
dzień rabi Eleazar ben Cwi zamknał się w swoim pokoju i zabronił szamesowi
dopuszczać do siebie kogokolwiek. Na schodach cisnął się szlochający tłum.
Blady szames, z palcem na ustach, stał na warcie przed drzwiami. Wiedział
dobrze, że rebe rozmawia teraz z Panem Bogiem i że nie należy mu w tym przeszkadzać.
Późno wieczorem rebe zawołał do siebie szamesa i kazał sobie powtórzyć
nowiny. Wiadomości były okropne. W ciągu dnia zmarło jeszcze stu trzydziestu
Żydów. Trupy poniewierały się w mieszkaniach niemyte, ponieważ wszystkie
pomywaczki pozarażały się i pomarły. Rodziny nieboszczyków siedziały na pokucie
o głodzie, gdyż odwiedzający je członkowie towarzystw ostatniej posługi wszyscy
poumierali. Rodziny siedzą
ce na pokucie dogorywały kolejno. Ze składają
cej się z dziesięciu osób rodziny kamasznika Symchy, którego żona zmarła zaraz
pierwszej nocy, dziewięć już nie żyje i na pokucie siedzi jeden ojciec.
Rebe
kiwał w milczeniu głowa, słuchając strasznych relacyj szamesa. Potem kazał
podać sobie tałes i zszedł do bożnicy. Szames pobiegł za nim z obowiązku
i z ciekawości.
Kiedy rebe Eleazar zjawił się w synagodze, zapanowała w niej
wielka cisza. Wszyscy wiedzieli, że rebe cały dzien rozmawiał z Bogiem i
że przychodzi powiedzieć coś ważnego. Wszystkie oczy skierowały się w jego stronę.
Stanąwszy na stopniach ołtarza, rabi Eleazar ben Cwi zwrócił
twarz do zebranych i mówić zaczął uroczystym głosem prawodawcy:
- Bóg otworzył
oczy moje i w księdze swego gniewu pozwolił mi wyczytać bekijach nejfesz.
Przez cały czas zarazy Żydzi zwolnieni będą od siedzenia na pokucie po swoich
zmarłych,
jako też od grzebania ich w sposób rytualny. Na czas zarazy zwłoki
bez uprzednich obrządków zaszywać będziecie w płótno
i wywozić na cmentarz.
Bóg doświadczył nas ciężko i jedynie modlitwa zdoła go przebłagać.
Anioł
śmierci, Malach Hamaweth, wszedł do domów żydowskich i drzwi naszych nie
obroniła mezuze.
Domy, których dotknął, będą nieczyste przez dni czterdzieści
i podlegną opuszczeniu. Módlcie się i proście zmiłowania.
Rabi Eleazar, blady,
słaniający się z osłabienia, zszedł po stopniach i, podtrzymywany przez
szamesa, opuścił bożnicę. Po wyjściu jego synagoga zahuczała tysiącem rozgorączkowanych
głosów.
Wypadki dni następnych nie zdawały się świadczyć o tym, jakoby Bóg
zamierzał dać się przebłagać. Na skutek ogłoszonego bekijach nejfesz liczba
zgonów w ciągu następnych dni nieco zmalała, nie spadając zresztą poniżej
stu ofiar dziennie. Natomiast zabrakło niebawem mieszkań, niezapowietrzonych
przez zarazę. Na dziesiąty dzień kryzys mieszkaniowy przybrał rozmiary zastraszające.
Rabi Eleazar ben Cwi zamknął się na cały ten czas w mieszkaniu, nie pokazując
się nawet w bożnicy i nie przyjmując nikogo, poruczywszy wszystkie sprawy
szamesowi. Napastowany szames umiał jedynie powiedzieć, że
rebe jest bardzo milczący i całymi godzinami rozmawia głośno z Bogiem w
swoim pokoju.
Na dziesiąty dzień, kiedy w całym Hótel de Ville nie znalazło
się więcej ani jednego mieszkania nienawiedzonego przez zarazę, dziesięciu
najstarszych Żydów udało się do rebego w delegacji. Opłacony szames poszedł
na palcach zameldować rebemu o ich przybyciu.
Po długiej chwili wyszedł do
nich sam rebe. Twarz miał jeszcze bardziej przezroczystą niż zwykle, aż strach
było pomysleć, że życie jego wisi na włosku.
Kiedy szames przyniósł krzesła,
zabrał głos stary Mechel, największy grosista na cały Hotel de Ville.
- Rebe
- powiedział głosem bardzo przybitym - rebe, uczyniliśmy wszystko, coś nam
polecił. W księdze gniewu bożego wyczytałeś bekijach nejfesz i odtąd Żydzi
nie siedzą na pokucie po swoich umarłych, a zwłoki żydowskie bez oporządzania
rytualnego, zaszyte w płótno, wysyłają na cmentarz. Powiedziałeś, że domy
nawiedzone przez zarazę będą nieczyste przez dni czterdzieści
i podlegną opuszczeniu, i usłuchaliśmy cię, a jednak zaraza trwa, i nie ma dnia, w
którym nie ucierpiałoby od niej kilkadziesiąt rodzin żydowskich. Mieszkania
nasze są przepełnione.
Wkrótce nie będzie już ani jednego domu, nieskalanego
morem. W całym Hotel de Ville nie ma już mieszkan. Rodziny zarażonych śpią
na ulicach. Co czynić, rebe?
Rabi Eleazar ben Cwi uśmiechnał się dobrotliwie
i dwoje oczek, utkwionych gdzieś, poprzez Mechela, nie widząc go, jakby był
przezroczysty, odbłysnęły tym samym uśmiechem, kiedy powiedział w zamyśleniu:
- Wiele jest jeszcze mieszkań w dzielnicy żydowskiej, po które starczy
sięgnąć ręką.
Starzy Żydzi zamienili spojrzenia. Kiedy rebe mówi rzeczy ważne,
widzialne jego oczom, zwykłym rozumem ogarnąć ich zrazu niesposób. Na chwilę
zaległo milczenie. Wreszcie stary Mechel zdobył się na odwagę i zapytał:
- Rebe, rozumowi naszemu nie równać się z twoim. Słowa twoje są dla nas niejasne.
Jakież to mieszkania masz na myśli, po które starczy sięgnąć ręką?
Rabi Eleazar
pomilczał chwilę, potem podjął, jakby do siebie, w głębokim zamyśleniu:
- Wiele jest mieszkań w dzielnicy żydowskiej, których drzwi nie broni mezuze.
Przez te drzwi wszedł do nas Malach Hamaweth.
Zapadła długa cisza. Potem rebe jął mówić dalej, jakby ciągnał głośno własną myśl:
- Powiada rabi Hillel,
najmędrszy z mędrców: Za czasów rabiego Ezra, kiedy naród żydowski był rozbity,
a dokoła szalała zaraza chrześcijaństwa, pragnąc ustrzec się przed nią i zachować swój zakon, Żydzi po miastach otoczyli domostwa swoje wysokim murem,
a współczesni nazwali te miasta żydowskie słowem: "getto". Ale nadszedł
czas, gdy Żydom uprzykrzyła się mowa ojców ich i zapragnęli ponieść swój
zakon między obcych na pohańbienie. Wtedy zburzyli mur okalający ich domostwa
i odtąd klęski gojów stały się ich klęskami, a gniew Pański obrócił się
przeciw nim. Póki nie ogrodzą się Żydzi na nowo murem nieprzebytym od wszystkiego,
co nie jest nimi, póty pożerać ich bedzie mór, a anioł śmierci nie opuści
ich progów.
W tym miejścu rabi Eleazar ben Cwi dał znak ręką, że
uważa audiencję za skończoną, polecając szamesowi odprowadzić do drzwi przybyłych.
Dnia 30 lipca o godzinie piątej po południu na bulwarach ukazały się nadzwyczajne
dodatki. W dodatkach donoszono o nowym zamachu separatystycznym. Ludność
żydowska obwodu Hotel de Ville opanowała ratusz i wyparła z obrębu całej
dzielnicy ludność aryjska. Apatyczni chrześcijanie na ogół nie stawiali oporu.
Na jedyny zdecydowany sprzeciw Żydzi natrafili w dzielnicy Saint-Paul, zamieszkałej
przez ubogą ludność polską.
W odruchu wrodzonego antysemityzmu ludność polska
usiłowała przeciwstawić się z bronią w ręku. Doszło do krwawych utarczek,
które pociągneły za sobą straty ze stron obu, póki nie skończyły się zwycięstwem
przeważających liczebnie Żydów.
Dodatki nadzwyczajne wspominały o rozklejonym
na murach dzielnicy Hotel de Ville orędziu gminy żydowskiej do wszystkich
Żydów Paryża. Orędzie donosiło podobno o ukonstytuowaniu, w obronie przed
zaraza Aryjczyków, samodzielnej terytorialnej gminy żydowskiej, odgrodzonej
od reszty miasta murem barykady. Wzywało ono wszystkich Żydów Paryża do
przesiedlenia się na teren gminy, wyrazajac przeświadczenie, że od nowej
tej plagi, która nawiedziła aryjska Europe za wielowiekowe gnębienie narodu
żydowskiego, ocaleje on i tym razem, pod warunkiem, że zachowa jak najścislejszą
izolację.
Wiadomość wywołała w mieście wielkie wrażenie. Wieczorem
w stronę Hotel de Ville z dzielnic zachodnich i północnych pociągnęły długie
karawany samochodów, naładowanych walizami. Nikt im w tym nie przeszkadzał.
U wejścia do dzielnicy Hótel de Ville milicja narodowa i szomrzy fortyfikowali
gorączkowo barykady na wypadek ewentualnej obrony.
Nikt zresztą nie zamierzał
ich atakować.
W rudym, piegowatym domu przy ulicy Pavé, stary, zgarbiony
szames chodzi na palcach i cicho, na i palcach, nasłuchuje u drzwi.
Rabi
Eleazar ben Cwi już trzeci dzień nie wychodzi ze swego pokoju, nie przyjmuje
żadnego pożywienia, modli się i rozmawia z Bogiem. Szames słyszy monotonny,
kiwający się głos. Nad otwartą zatłuszczoną księgą siedzi rabi Eleazar i
pałąkowate, przezroczyste jego ciało chyboce się jak trzcina pod podmuchem
tchnienia bożego. Rabi Eleazar ben Cwi po raz pierwszy wątpi.
I jak tu nie
zwątpić? Wziął na ramiona swoje brzemię, przechodzące siły człowiecze. W
księdze gniewu pańskiego wyczytał bekijach nejfesz, i odtąd Żydzi nie siedzą
na pokucie po swoich zmarłych, a trupy żydowskie bez oporządzenia rytualnego
idą na łono śmierci. Wszystko na próżno.
Czarne, pokraczne litery, jak
podróżni wymachujący chusteczkami z okien pociągu w biegu, przesuwają się
przed przebiegąjacym je wzrokiem rebego Eleazara.
"I uczyni Pan rozdział
miedzy trzodami Izraelskimi i miedzy trzodami Egipskimi, aby nic nie zdechło
ze wszystkiego, co jest synów Izraelskich..."
Rabi Eleazar ben Cwi niżej,
w wahadłowych pokłonach, kołysze się nad książką. Postapił, jak kazał Pan,
oddzielił trzody Izraelskie murem nieprzebytym, a oto zaraza szerzy się wsród
nich po dawnemu i nie masz na nią lekarstwa.
Czarne litery, jak krople męczenskiej krwi
, kapią na książkę z wykrzywionych bolesnym grymasem ust rebego Eleazara:
"...I potłukł on grad po wszystkiej ziemi Egipskiej, cokolwiek było na polu,
od człowieka aż do bydlęcia; i wszystko ziele polne potłukł grad, i wszystko
drzewo polne połamał.
Tylko w ziemi Gosen, gdzie synowie Izraelścy mieszkali,
nie było gradu..."
Rabi Eleazar watpi. Wziął na barki swoje odpowiedzialność straszliwą: otoczył miasto żydowskie murem, pozbawiając je nawet własnego
cmentarza; i po komorach gnić zaczęły trupy żydowskie.
I odsłonił rabi Eleazar Z
ydom bekijach nejfesz niesłychane w historii żydostwa, iż trupy, nie mogące
spocząć w ziemi, oddane być mają płomieniom.
I nie opuściła zaraza murów
miasta żydowskiego.
A wszakże powiedział Pan:
"...I wezmą krwi jego, i pokropią
obadwa podwoje i naprożnik u domu.
I będzie wam ona krew na znak na domach,
w których będziecie; bo ujrzawszy krew, minę was, że nie będzie u was
plaga ku zatraceniu, gdy będę zabijał w ziemi Egipskiej..."
Rabi Eleazar
ben Cwi wątpi po raz pierwszy w życiu, ugina się pod ciężarem jak gałązka
- pod ptakiem. Pergaminowe wargi mamrocą:
- Panie, czemuż włożyłes na mnie
ciężar ten? Stary jestem i wątłe są plecy moje.
Stara, zatłuszczona książzka,
jak sito pełne drogocennej cieczy, deszczem czarnych kropel-liter pada na
spragniony piasek duszy rebego Eleazara:
"...I rzekł Pan: Widząc utrapienie
ludu mojego, który jest w Egipcie, a wołanie ich słyszałem przez przystawy ich; bom doznał boleści jego.
Przetoż zstąpiłem, abym go wybawił z reki Egipskiej
i wywiódł go z ziemi tej do ziemi dobrej i przestronnej - do ziemi opływającej
mlekiem i miodem...
...Przetoż teraz, pójdz, a poślę cię do Faraona, abyś
wywiódł lud mój, syny Izraelskie z Egiptu.
I rzekł Mojżesz do Boga: któżem
ja, abym szedł do Faraona, a wywiódł syny Izraelskie z Egiptu?...
...I rzekł
Mojżesz do Pana: Proszę, Panie, nie jestem ja mężem wymownym ani przedtem,
ani odtąd, jakoś mówił do sługi swego; bom ciężkich ust i ciężkiego języka.
A Pan mu rzekł: Któż uczynił usta człowiekowi?... ...Idzże teraz, a Ja będę usty twoimi, i nauczę cię, co byś miał mówic. I rzekł Mojżesz: Słuchaj, Panie,
poślij, proszę, tego, kogo posłać masz.
I zapalił się gniew Pański na Mojżesza...
...Uczynił tedy Mojżesz i Aaron, jako im przykazał Pan, tak uczynili.
A Mojżesz miał ośmdziesiąt lat, a Aaron ośmdziesiąt trzy lata, gdy mówili
do Faraona..."
Rabi Eleazar ben Cwi nie szemrze. Wie: niezbadane są wyroki
boże. Na kogo On wskaze palcem, ten daremnie ujść by chciał swemu przeznaczeniu.
Nie, rabi Eleazar nie będzie skomlał, jak Mojżesz: "Słuchaj, Panie, poślij tego, kogo posłać masz". Za dawno przywykł do posłuchu. Pewną reką zamyka
książkę. Wstaje. Wyprostował się. Woła szamesa.
Wystraszany szames widzi:
zaszło cos ważn ego, najważniejszego. Ze zwojów siwej brody, jak z białych kłębów ofiarnego dymu, wykwita wąska, parafinowa twarz rebego.
Oczy świecą wewnętrznym blaskiem, patrzą, nie widząc.
Rebe Eleazar każe zwołać starszyznę.
Wąskimi, mroczniejącymi uliczkami, gdzie, jak olbrzymie wodorosty, kołyszą się modlitewne cienie latarń, w rozwianym chałacie biegnie stary szames,
wspina się po krętych schodach, wrzucając w nie domknięty otwór drzwi depeszę-szept:
posłanie od rebego Eleazara.
- Halo! Czy Grand Hotel? Prosze mnie połączyć
z pokojem mistera Dawida Lingslaya. Halo! Halo-o-o! Czy mister Dawid Lingslay?
Mówi sekretarz prezydium rady komisarzy koncesji anglo-amerykańskiej. Prezydium
prosi pana uprzejmie o przybycie na tajne posiedzenie rady, o godzinie
jedenastej przed południem. Tak jest, za godzinę. Możemy liczyć?...
Mister
Dawid Lingslay przewrócił się na drugi bok. Swiatło, przezierające przez
szparę między storami, uderzyło go w oczy i, marszcząc się, musiał powrócić
do dawnej pozycji. Tak świetnie spał, gdyby nie ten piekielny dzwonek. Za
godzinę w "American-Express". Trzeba pomyśleć o wstawaniu.
Mister Dawid
Lingslay wyciągnał się jeszcze raz na wygodnym, czteroosobowym łóżku. Nagle
zerwał się i przysiadł na krawędzi. Odrzuciwszy kołdrę, skrupulatnie pomacał przez jedwabną pyjamę brzuch, potem, podnosząc każdą rękę z osobna, gruczoły
pachowe. Po dokładnych oględzinach wyciągnął się z powrotem. Co dzień budził
się z tym instynktownym strachem zdrowego, muskularnego ciała, przeczuwającego
w zwierzęcym lęku chwilę, w której, pewnego ranka, obudzi go gryzący ból
w dole brzucha.
O przykrym tym fakcie, na którego szali elementarny rachunek
prawdopodobieństwa kładł dziewięćdziesiąt dziewięć przeciw stu, mister Dawid
Lingslay starał się za dnia nie myśleć, piastując gdzieś wewnątrz, jak wychuchane
w zanadrzu pisklę, nieśmiało formułowaną nadzieję na tę jedną setną możliwości
ocalenia.
Co rana jednak, gdy pogrążone we śnie ciało, w nagłym przejściu
od snu do jawy, oscylowało jeszcze w irrealnej próżni, zanim rozluźnione
dźwignie woli nie trafiły znów trybem na tryb - jak odprężona sprężyna ciskał
mu się do gardła strach, który wciskać trzeba było dopiero pięścia do jego
komórki, gdzie przyczajony przebywał aż do następnego rana.
W tych
krótkich chwilach mister Dawid Lingslay przypominał sobie, że tam w szufladzie
szafki nocnej - wystarczy sięgnąć ręką - leży, wyczekując niecierpliwie tego
jednego rana, mały, stalowy przedmiocik, skulony i niewidoczny, czeka, liczy
niedosłyszalne tętno spoczywającego na blacie, pękatego zegarka, który
gdzieś, w swych wnętrznościach, w rozdygotanym wskazującym palcu skazówki
chowa ukrytą, jemu jednemu wiadomą, fatalną godzinę. Odliczył już precyzyjnie
tyle i tyle obrotów i odrabia je co dzień, udaną obojetnością maskując gorączkowy
pośpiech.
W podobnych momentach mister Dawid Lingslay czuł taką piekącą nienawiść do całego świata przedmiotów, że tylko dzięki jego wrodzonemu opanowaniu
i flegmie pokojówka nie zastawała co rana jego apartamentu zdemolowanym.
Wyniosłe
i oziębłe tafle luster, przyjmujące z lokajską pokorą każdy rzucony im jak
policzek gest, wszystkie te szafy i biurka, obojętne, druzgocące swą niezbitą,
matematyczną pewnością, że stać bedą tak samo, odbijać wypolerowaną powierzchnią
swej drewnianej skóry inne gesty, twarze i grymasy, kiedy po misterze
Dawidzie Lingslayu nie zostanie ani śladu, swoją spokojną, arogancką wyższością
zdolne były doprowadzić go do szału. Miało się nieprzepartą chęć porozbijać
je, podeptać, połamać na kawałki, zadać kłam ich niewzruszonej przewadze,
napaść się widokiem ich bezwładnych szczątków.
W chwilach takich mister
Dawid Lingslay naciskał tylko mocniej namydloną brzytwe, pod pocałunkiem
której, jak Afrodyta z piany morskiej, wyłaniała się twarz, oślepiająca
nagością wypielęgnowanej skóry.
Z tępą nienawiścia wpychał do kamizelki
zegarek, do tylnej kieszeni od spodni - mały, stalowy drobiazg i wychodził
na miasto, starając się pozostawać w swoim pokoju jak najkrócej.
Mister Dawid
Lingslay, król amerykańskiego trustu metalowego, właściciel czternastu wielkich
dzienników w New Yorku, Bostonie i Filadelfii, zatrzymał się w Paryżu w przejeździe,
zdążając starym zwyczajem na letnie miesiące do Biarritz. W czasie tego
kilkudniowego pobytu zastała go w Paryżu dżuma.
Wszelkie próby
wydostania się z zadżumionego miasta spełzły na niczym. Nie pomogły
powaga nazwiska, olbrzymie stosunki, astronomiczne czeki. Strach
przed zarazą zatarł granice społeczne, potargał nierozerwalną pajeczynę
najniezawodniejszych znajomości, otoczył Paryż szczelnym, wyrosłym przez
jedną noc, nieprzebytym murem.
Po dwóch tygodniach bezowocnych zabiegów mister Dawid zmuszony był dać za wygraną.
Jak wszyscy gracze giełdowi, mister
Dawid Lingslay był fatalistą i przekonawszy się o bezskuteczności wszystkich usiłowan, sam na sam z sobą w swoim luksusowym pokoju hotelowym przyznał
się szczerze do przegranej. Wszystko dotychczas w życiu udawało mu się niebywale.
Nieraz, stojąc na kolejnym szczeblu drabiny finansowej, rzuciwszy okiem w
dół, doznawał na chwilę lekkiego zawrotu głowy na myśl, że karta jego może być kiedyś bita.
Przekonawszy się tym razem, że wyjścia nie ma, mister Dawid
Lingslay jak przystało na dżentelmena sporządził testament, przetelegrafował go do Nowego Jorku, zamknął w biurku skoroszyty podręcznych spraw i
czekał.
Dżuma wyraźnie bawiła się z nim w chowanego. Na trzeci zaraz dzień
w strasznych boleściach zmarł jego osobisty sekretarz.
Mister Dawid Lingslay
czekał na swoją kolej. Mijały dni. Po tygodniu czarna karetka zabrała z sąsiedniego
pokoju maszynistkę. Coraz to pustoszał któryś z przyległych apartamentów.
Pod koniec drugiego tygodnia na całym pierwszym piętrze mister Dawid Lingslay
pozostał sam. Z błyskawiczną szybkością, jak kamienie rzucone w studnię windy,
znikali bezgłośnie liftboye, służba, maitre d'hotele. Na ich miejsce wynurzali się nowi. Oddawszy wieczorem portierowi polecenie mister Dawid schodząc nazajutrz
zastawał innego portiera, nie pytał, powtarzał polecenie, starając się nie
powracać myślą do tego drobnego epizodu, pił małymi łykami gorącą poranną
kawę i jechał do swej metresy.
Od paru bowiem lat mister Dawid Lingslay
utrzymywał w Paryżu kochankę, której w prezencie ofiarował wraz z kolekcją
oślepiającej biżuterii nie pozbawiony smaku pałacyk na Polach Elizejskich.
Kochankę swą odwiedzał mister Dawid Lingslay dwa razy do roku, nie zatrzymując
się zresztą u niej nigdy i mieszkając po kawalersku w Grand-Hotelu. Zmuszały
go do tego interesy, pomijając już to, że jako dżentelmen i człowiek żonaty
nie lubił afiszować się swym stosunkiem.
Za każdej zaś bytności swej w Paryżu
miał w nim tyle interesów i spraw, że zazwyczaj siedząc już w przedziale
i odbierając z rąk grooma tradycyjny pakiet nowości powieściowych, przesyłany
mu na dworzec przez kochankę, spostrzegał dopiero, że przez cały czas
swego pobytu spedził z nią w sumie może niespełna sześć godzin i solennie
przyrzekał powetować to sobie następnym razem, to jest za pół roku.
Nadawszy
do New Yorku testament, mister Dawid Lingslay po raz pierwszy uświadomił
sobie treść oklepanego słowa "wakacje" i pożałował, że potrwają tak niedługo.
Jakkolwiek bądź, postanowił po raz pierwszy w życiu całkowicie poświęcić je
miłości. Była to własnie ta funkcja życiowa, na którą nigdy nie wystarczało
mu czasu, którą załatwiać musiał między dwoma dzwonkami telefonu, zawsze
w pośpiechu i zawsze nie w porę.
Przed laty, w tradycyjny wieczór poślubny,
kiedy sądził, że tym razem będzie mógł poświęcić jej przynajmniej przewidziane
prawem dwanaście godzin, otrzymał w ostatniej niemal chwili ofertę niezmier
nie korzystnej i skomplikowanej transakcji, o którą zabiegał od dawna; i
przez całą noc poślubną, wypełniając przykładnie jak dżentelmen nałożone
na niego przez społeczeństwo obowiązki i odpowiadając w roztargnieniu na
rozkapryszone pytania młodej małżonki, przesuwał w głowie gigantyczne liczydła
cyfr, układając z nich odpowiedź, jaką trzeba będzie dać telefonicznie jutro,
z samego rana (byle nie zaspać!).
W rezultacie ilekroć po latach zwyczajem
innych ludzi mister Dawid Lingslay usiłował przypomnieć sobie swą noc poślubną,
na kliszy pamięci występowały tylko te długie kolumny cyfr, reszta zaś gubiła
się gdzieś jak źle wywołane tło.
Po raz pierwszy w życiu, być może na tydzień
przed śmiercia, mister Dawid Lingslay mógł niepodzielnie oddać się miłości
i każdy dzień był dla niego prawdziwym miodowym miesiącem.
Kochanka,
którą utrzymywał w Paryżu ze snobizmu, jak dwa Rolls-Royce'y, jak stałą kabinę
na "Majestiku", aby mieć z kim pójść wieczorem do teatru i potem na kolację
do "Ciro's", aby kusić zazdrosne spojrzenia innych mężczyzn jej niezwykłą
urodą, przyjmowaną przez niego na wiarę, od innych, nie mając sam nigdy czasu
dobrze się w niej rozeznać - okazała się w samej rzeczy cudowną istotką,
instrumentem czułym i czarownym, zawierającym niewyczerpane gamy słodyczy.
Mister Dawid spedzał z nia teraz całe dni, wieczory i noce, odnalazłszy w
sobie, w czterdziestym roku życia, najtkliwszego amanta.
Jak sybaryta pragnący
zaostrzyć sobie rozkosz spożycia następnego dania przez powstrzymanie się
od poprzedniego mister Dawid nie przeniósł się do niej ostatecznie, zachowując
swój apartament w Grand-Hotelu, aby po krótkich godzinach rozłaki wracać
do niej z coraz większą tesknotą, zakochany po raz pierwszy, po uszy.
Miłość to kwestia wolnego czasu. Któż zgadnie, grobowcami jakich płomiennych kochanków
są poruszające się dokoła nas opasłe cielska brzuchatych businessmenów,
tych paradoksalnych niewolników, przykutych za nogę niewidzialnym łancuchem
do wskazówki własnego zegarka.
Zresztą misterowi Dawidowi Lingslayowi i
tym nawet razem nie sądzone było rozwinąć w pełni skarbów swej niezużytej
erotyki. Przeszkodziły mu w tym wypadki, raptowne drgania sejsmiczne, które
wstrząsnęły wkrótce psychiczną skorupą zadżumionego Paryża.
Dnia 30 lipca,
niemal równocześnie, z jednolitego organizmu Paryża, drogą zbrojnych zamachów
separatystycznych, w spontanicznym odruchu samoobrony przed zetknięciem
z zarazą Aryjczyków, wyodrębniły się dwie dzielnice: Łacińska i Ratusz, tworząc
na mapie dawnego Paryża dwa samodzielne państewka: chińskie i żydowskie.
Za
przesunięciami rasowymi podążyły socjalne.
Dnia 4 sierpnia ludność robotnicza
dzielnic Belleville i Menilmontant, rozbudzona nagłym nieprzepartym musem
zawładnięcia skromną gospodarką własnego, wymykającego się jej z rąk życia,
ogłosiła swe terytorium samoistną republiką radziecką. Na stronę powstańców
przeszło wojsko.
Wieczorem tegoż dnia, na znak protestu, kameloci królewścy
przy poparciu katolickiej ludności przedmieścia Saint-Germain opanowali
Lewy Brzeg Sekwany, od Pałacu Inwalidów do Pola Marsowego, ogłaszając
restaurację monarchii.
Zaskoczona błyskawicznością wypadków, zagrożona w
swym posiadaniu anglo-amerykańska ludność dzielnic centralnych uczuła się
zmuszona zająć wobec nich określone stanowisko i przedsięwziąć środki ostrożności.
Celem omówienia wydarzeń 8 września w gmachu Opery zwołany został pierwszy
w swoim rodzaju miting dżentelmenów.
Na mitingu tym, gwoli samoobrony przed
zbolszewizowanymi dzielnicami Paryża, zdecydowano jednomyślnie dzielnice
zamieszkałe przez ludność anglosaską ogłosić na czas zarazy autonomiczną koncesją anglo-amerykańską. Uzbrojona milicja złożona z młodzieży zająż się
miała wzniesieniem barykad dokoła nowej koncesji i ich ewentualną obroną
na wypadek napaści ze strony dzielnic zbuntowanych.
Tematem ożywionej dyskusji
stała się sprawa tubylczej ludności francuskiej, zamieszkującej teren
nowej koncesji. Cześć dżentelmenów obstawała stanowczo przy wysiedleniu elementów nieanglosaskich. Wiekszość głosów uzyskała jednak rozumna propozycja mistera
Ramsaya Marlingtona, który wystapił z wnioskiem użycia francuskich mieszkańców
koncesji, po ich gruntownym rozbrojeniu, do świadczen służebnych, rekrutując
z nich niezbędne kadry służby hotelowej i prywatnej.
Od świadczeń tych, według
projektu mistera Marlingtona, zwolnieni być mieli jedynie sklepikarze i właściciele
bistros, jako kierownicy zakładów użyteczności publicznej, oraz Francuzi,
mogący się wykazać rentą roczną przewyższającą sto tysięcy franków.
Wniosek
mistera Ramsaya Marlingtona został wprowadzony w życie. Ludność francuska
dzielnic centralnych, przyzwyczajona od dawna do życia z napiwków turystów
anglo-amerykańskich, nie stawiła oporu przeprowadzeniu projektu mistera Marlingtona
i z nową swą rolą pogodziła się wcale nieźle, oszczędzając w ten sposób rządowi
nowej koncesji wielu nieprzewidzianych kłopotów.
Do zarządu koncesją pierwsze
zgromadzenie wyłoniło rade komisarzy złożoną z dwunastu wybitnych finansistów: sześciu
Anglików i sześciu Amerykanów. Do dyspozycji rządu tymczasowego oddano gmach
"American Express Company".
W wyniku głosowania do rady komisarzy koncesji,
w liczbie sześciu potentatów amerykańskich, wybrany został i mister Dawid
Lingslay. Powaga nazwiska i stanowisko społeczne nie pozwoliły mu wymówić się od tego zaszczytu, chociaż sprawy państwowe i administracyjne kolidowały
wyraźnie z całokształtem jego obecnych zainteresowań i czynności, toteż postanowił poświęcać im jak najmniej czasu i uwagi.
Wspomnianego
dnia, powróciwszy do hotelu o godzinie piątej nad ranem, pełen najmelodyjniejszych
oddźwięków burzy miłosnej, która oskardami swych błyskawic rozorywała w nim
coraz głebsze pokłady nienasyconego smakoszostwa, zbudzony nie w porę dzwonkiem społecznego
obowiazku, mister Dawid Lingslay bardziej niż kiedykolwiek odczuł cały ciężar
swej sytuacji socjalnej i w humorze więcej niz kwaśnym jął naciągać powoli
swój wykwintny garnitur.
Kończył własnie golić się przed lustrem, gdy, po
przedzony pukaniem, do pokoju wszedł smukły, zawsze uśmiechnięty boy, niegdyś
pierwszy sekretarz wielkiego towarzystwa ubezpieczeniowego, które przy
nowym stanie rzeczy straciło wszelką rację bytu, i zameldował, że dwóch
panów w ważnej sprawie pragnie widzieć osobiście mistera Dawida Lingslaya.
Innym razem mister Dawid, przeczuwając jakichś nudnych interesantów, byłby
kazał zapewne powiedzieć, że nie ma go w domu.
Dziś jednak, postanawiając
wychylić do dna kielich społecznego obowiązku, gestem pełnym rezygnacji
kazał prosić ich do salonu.
Kiedy po długiej chwili kończąc zawiązywać krawat
mister Dawid Lingslay ukazał się w drzwiach salonu, na spotkanie jego wstali
z foteli rabi Eleazar ben Cwi i starszy, korpulentny jegomość w amerykańskich
okularach.