A jednak pozostał ktoś, kogo nie dojrzała przez grube, szczelnie zasunięte
mury.
Na zatopionych przypływem śmierci polach Paryża w cichej godzinie odpływu,
wynurzone z opadających fal jak białe łysiny mielizn na martwej przestrzeni
wód kołysały się trzy żywe wysepki ludzkie.
Były to odcięte od reszty świata chłodnym golfstromem prawa wyspy
robinsonów o golonych głowach.
Zagubione wśród delty ulic, odgrodzone wydzielającym się z ich ścian
właściwym im fluidem izolacji, podległe własnym wewnętrznym prawom samoistnych
organizmów, jakby w innej położone rzeczywistości, przetrwały one długie
tygodnie, nietknięte, obojętne, jak dziwne pływające domy, zmyte w nocy
powodzią i unoszące się rankiem na jej powierzchni, pełne uśpionych, nie
podejrzewających niczego ludzi.
Ogłupiali dozorcy więzienni, w obawie przed odpowiedzialnością i w
oczekiwaniu jakichś urojonych instrukcyj, otoczyli je podwójną obręczą
jak najściślejszego odosobnienia. Obawa, by słuch o panujących na zewnątrz
epidemii i rozprzężeniu, wtargnąwszy do natłoczonych więzień, nie stał
się hasłem do buntu, paraliżowała im języki.
Korzystając z innych zbiorników wody więzienia zwykłym zbiegiem okoliczności
ustrzegły się przed zakażeniem śmiertelną bakterią pierwszego zaraz dnia.
Zaopatrzone obficie własne składy żywnościowe w połączeniu z najsurowszą
izolacją - dokonały reszty.
Tak zaszedł ten fakt, nieprawdopodobny, choć w gruncie rzeczy prosty:
w swych wędrówkach po mieście dżuma otarła się wielokrotnie o wysokie średniowieczne
mury, o zatrzaśnięte hermetycznie bramy dziwnych wysepek i poszła dalej
w noc, w mrok, w gmatwaninę ulic i zaułków.
W pośrodku i na krańcach zapowietrzonego miasta ogrodzone groblami
murów pozostały trzy nietknięte wysepki zamieszkane przez tłumy stłoczonych
na ciasnym kwadracie ludzi o golonych głowach, pozbawionych od dawna kontaktu
ze światem zewnętrznym i przebierających swój monotonny różaniec więziennych
dni nie domyślając się nawet, co się święci w tej chwili po tamtej stronie
ścian.
Od pierwszego zaraz dnia epidemii przez mury więzień przestały przesączać
się dzienniki, co wywołało protest i demonstrację uwięzionych. Gdy demonstracja
nie odniosła skutku, rozpoczęto głodówkę. Głodówka trwała cztery tygodnie
i nie dopiąwszy niczego zakończyła się wreszcie kapitulacją. Jedynym realnym
jej rezultatem było zaoszczędzenie żywności, która dzięki temu starczyć
mogła jeszcze na kilka dni.
Po wstrzymaniu gazet nastąpiło z kolei pogorszenie i uszczuplenie
porcji strawy więziennej. Wyczerpani głodówką aresztanci składali to na
karb obostrzenia karnego reżymu. Pogorszenie jadła stawało się jeszcze
kilkakrotnie powodem dłuższych lub krótszych głodówek, które, zaoszczędzając
zapasy, odsuwały tylko dzień ostatecznego rozwiązania.
Porcja jedzenia stawała się z każdym dniem skąpsza. W obawie odwetu
ze strony więźniów mizerna grupka dozorców więziennych, zamkniętych wraz
z nimi w tych mimowolnych arkach Noego na falach powszechnego potopu, skasowała
samorzutnie przepisowe przechadzki, nie ważąc się wypuszczać z cel tej
rozjuszonej masy ludzkiej.
Pozbawiony swych elementarnych przywilejów tłum, stłoczony w ciasnych
antałkach cel, fermentował grożąc lada chwila ich rozsadzeniem. Przepełnione
dziesięciokrotnie ostatnimi represjami cele trzeszczały w swych kamiennych
spojeniach.
Struchlała służba więzienna z przerażeniem dostrzegała dno przeświecające
w skrzyniach prowiantów. Pewność niechybnej zagłady z rąk zrozpaczonych
więźniów, gotowych lada chwila wysadzić z zawiasów zaryglowane drzwi, podszeptywała
jej jako jedyny ratunek ucieczkę na miasto. Lęk przed szalejącą poza obrębem
murów zarazą przykuwał ją do miejsca.
Rozwiązanie nadeszło samo.
Dnia 4 września, to jest na czwarty dzień po wymarszu z Paryża dżumy
z duszą ostatniego paryżanina, zagłodzony tłum internowany w więzieniu
Fresnes wywalił wraz z odrzwiami furty cel i rozlał się po gmachu więziennym.
Poukrywanych na strychu dozorców wyrżnięto. O godzinie dziesiątej rano,
przez odryglowaną bramę, wzburzony tłum wychlusnął na plac.
Ku niemałemu jego zdziwieniu nie zagrodził mu drogi kordon wojska ani
policji. Raczej zaniepokojony tym niż podniesiony na duchu, tłum w milczeniu
popłynął ku miastu, nie napotykając nigdzie po drodze żywe j duszy.
Ktoś rzucił hasło uwolnienia piętnastu tysięcy więźniów zamkniętych
w więzieniu Sante. Podniecona masa ruszyła w stronę bulwaru Arago. Brama
więzienna została wzięta szturmem, zanim zdążyły nadciągnąć z tyłu nowe
posiłki. Ogłupiałą służbę więzienną wycięto w pień.
Na wieść o niespodzianej odsieczy więźniowie wyważyli drzwi cel, wysypując
się na podwórza. Z ciasnych dzież dziedzińców wezbrana masa wykipiała burym
mięsiwem na bulwar Arago.
Na bulwarze Arago tłum utworzył pochód i parł w górę zwartym wałem. Ktoś
pierwszy zaintonował "Międzynarodówkę". Od samotnego, nieśmiałego głosu
jak od zapalonej w ciżbie zapałki buchnął płomieniem śpiewu alkohol dwudziestu
ośmiu tysięcy głosów. Nabrzmiały jak ciężka, ołowiana chmura tłum wyładował
się nagle w deszczu pieśni. Jak w skwarny, nasycony elektrycznością dzień,
suchy, że aż słychać, zda się, trzask iskier we włosach, pod orzeźwiającymi
strumieniami ulewy zapachniało nagle świeżą wilgocią rozmokłej ziemi. Śpiew
przeciągłym dreszczem elektrycznego prądu przebiegł przez ciało olbrzymiego
węża masy, od głowy ku ogonowi, spajając po drodze rozproszone komórki
ludzkie w jeden sprężysty organizm, żywiony arterią jednolitego rytonu.
Za każdym obrotem niewidzialnego koła rozpędowego dwadzieścia osiem tysięcy
nóg uderzało w takt w twardą skorupę bruku i pod krótkim pocałunkiem stóp
ziemia tryskała iskrą.
W śmiertelnej ciszy wymarłego miasta niemym parowem bulwaru posuwał
się ten niezwykły pochód, demonstracja wynędzniałych ludzi o golonych głowach,
w szarych kaftanach więziennych, bez transparentów, z wzniesionym wysoko
nad głowami czerwonym sztandarem słońca, i w pustych przesmykach ulic dziwnie
groźnie brzmiała ta pieśń odwetu, pieśń boju ostatniego, dobijając się
refrenem jak kolbą do pustych, zatrzaśniętych okien.
U wylotu bulwaru Montparnasse czoło pochodu niespodziewanie zakłębiło
się na miejscu i cały wąż, osadzany w marszu, zafalował tysiącem pierścieni.
Na widok, jaki roztoczył się tu przed jego oczyma, tłum wzdrygnął
się, jak gdyby jego obnażonego serca dotknęła zimna łapa przerażenia.
Na werandach bistros, w plecionych krzesłach, na chodnikach i jezdni,
w pokracznych, niezrozumiałych pozach, tak, jak zastała je śmierć, leżały
zaczynając już cuchnąć zwłoki ludzkie.
Ogarnięty zgrozą pochód posuwał się dalej w milczeniu. Z rozplakatowanych
po murach różnojęzycznych odezw i dekretów mijanych kolejno dzielnic-państewek
przed oczyma zdumionego tłumu zwolna jęła się wyłaniać w całej swej groteskowej
grozie historia ostatnich sześciu tygodni.
Pochód skręcił na Wielkie Bulwary spotykając wszędzie ten sam obraz
nieprzejrzanej trupiarni wpatrzonej w gołe niebo szkliwem miliona oczu.
U wylotu bulwaru Hausmanna tłum rozdzielił się na dwie odnogi, z których
jedna popłynęła w stronę więzienia Saint-Lazare. Zamknięte bramy więzienne
spotkały demonstrantów głuchym milczeniem. Wyważono je z trudnością przy
pomocy przyniesionych z dworca żelaznych szyn. Nikt z wewnątrz nie usiłował
stawiać oporu. Jak się okazało, służba więzienna, w obawie przed zemstą,
uciekła cztery dni temu na miasto, pozostawiając w celach trzy tysiące
kobiet skazanych na śmierć głodową. Uwięzione kobiety od dziesięciu dni
nie miały nic w ustach.
Przetrząsając dworzec Saint-Lazare, niespodziewanie odkryto w jego
magazynach i remizach dobrze zaopatrzone składy żywności, nagromadzonej
tam przez najbardziej zapobiegliwą z republik, koncesję anglo-amerykańską.
Wyłoniony samorzutnie komitet aprowizacyjny zajął się doraźną akcją żywnościową.
Z placu Saint-Lazare spontaniczne patrole rozpełzły się po mieście
na inspekcję pozostałych więzień. Przed wieczorem patrole, jeden po drugim,
powróciły z niczym. Więzienia znaleziono otwarte, pełne gnijących zwłok
zadżumionych. Na całym obszarze Paryża nie pozostało więcej ani jednej
żyjącej istoty.
W międzyczasie zapadła noc, i trzydziestodwutysięczny tłum, nie korzystając
z mieszkań, pełnych cuchnących trupów, rozłożył się biwakiem na jezdniach,
wysunąwszy w noc bezsenne macki szyldwachów.
Nazajutrz rano, w wielkiej sali byłego ministerstwa wojny, zebrał się
naprędce ukonstytuowany na nowo KC partii.
Dzień był słoneczny i z wiosenna soczysty. Przy długim stole, zielonym
jak murawa zmięta po niedawnej majówce, z rozrzuconymi tu i tam jak skorupy
od jaj skrawkami notatek, siedziało trzynastu ludzi w szarych więziennych
bluzach. Przez otwarte na oścież okna wychodzące na plac Zgody wtargało
bezceremonialnie słońce i przytłumiony rozgwar mas mitingujących na placu
przed gmachem. Atmosfera tej pseudo-wiosennej błogości, przetykana odległymi
pogrzmotami zgiełku i gęstą, chluszczącą ulewą oklasków, zrywającą się
raptem, by po chwili ustać, nawiewała kwietniowe reminiscencje.
Mówił sekretarz KC, towarzysz Courreau:
- Nie możemy być pewni, czy dżuma nie zdołała już rozszerzyć się poza
obręb Paryża. Sądząc jednak z dotychczasowych danych, wszystko zdaje się
wskazywać na to, że Paryż otaczają po dawnemu szczelne kordony wojsk, których
zadaniem jest całkowite odizolowanie go od reszty Europy. Świadczyłoby
to o tym, że dżumę udało się umiejscowić. Nie ulega wątpliwości, że z chwilą,
gdy tylko rząd i otaczające nas wojska dowiedzą się, że epidemia w stolicy
wygasła, następnego dnia wkroczą do Paryża i wtrącą na powrót do więzień
uwolniony kosztem tylu cierpień proletariat. Do tego pod żadnym pozorem
dopuścić nie możemy. Skoro, zbiegiem tragicznych okoliczności, Paryż znalazł
się w naszych rękach, nie mamy prawa oddać go z powrotem w ręce kapitalistaw
i wyzyskiwaczy.
- W jakiż to sposób, jeżeli wolno zapytać, zamierzacie się w nim utrzymać?
- przerwał, skubiąc nerwowo rzadką bródkę, towarzysz Majoie. - Z trzydziestotysięczną,
wyczerpaną głodem masą robotniczą nie możemy chyba nawet marzyć o stawieniu
czoła regularnej armii, otaczającej Paryż ze wszystkich stron. Nie mamy
prawa oddawać na rzeź tych wynędzniałych resztek proletariatu paryskiego.
- Pozwólcie mi skończyć, towarzyszu. Utrzymać Paryż w swoich rękach
możemy w sposób bardzo prosty, nie uciekając się wcale do zbrojnego oporu,
który przerasta nasze nikłe siły. Należy jedynie utrzymać za wszelką cenę
świat i Francję możliwie jak najdłużej w przeświadczeniu, że dżuma w Paryżu
sroży się po dawnemu i nie zamierza bynajmniej wygasać. Wystarczy najzupełniej
obsadzić w tym celu naszymi ludźmi radiostację Eiffla i wysyłać stamtąd
co rana na cztery strony świata biuletyny o nieustannych spustoszeniach,
jakich nie przestaje, jakoby, dokonywać w zamkniętym Paryżu mór. Dopóki
rząd i wojska przekonane będą o tym, że epidemia w stolicy szerzy się z
dawną siłą, dopóty nie odważą się zbliżyć do miasta ani na krok.
- Zapominacie, zdaje się, towarzyszu, o tym, że ludność Paryża jest
niestety liczebnie ograniczona j i że jedni i ci sami ludzie nie umierają
po dwa razyI uśmiechnął się towarzysz Majoie. -Prosty rachunek arytmetyczny
każe im się domyślić, że w Paryżu od dawna nie powinno by było już zostać
żywej duszy.
- Nie sądzę. Stopniując wiadomości umiejętnie i z umiarem, będziemy
mogli w każdym razie utrzymać Europę w tym przeświadczeniu przez czas bardzo
długi. Musimy, kropla po kropli, zaszczepić w kraju przekonanie, że przez
długie jeszcze miesiące, a kto wie, może i lata, Paryż pozostanie jedynie
niebezpiecznym ogniskiem zarazy, że wszystkie jego instalacje uległy zniszczeniu
i przywrócenie go do poprzedniego stanu wymagałoby miliardowych wkładów
i lat pracy. Zapewniam was, że nic nie działa tak przekonywająco, jak przyzwyczajenie.
Ludzie, którzy w pierwszych dniach wojny światowej nie mogli wyobrazić
sobie, aby wojna mogła potrwać dłużej nad cztery tygodnie, pod koniec czwartego
roku przestali już wierzyć, że może się ona w ogóle kiedykolwiek skończyć,
przywykłszy uważać ten stan rzeczy za zupełnie naturalny, jeżeli nie jedynie
możliwy.
- Chcecie zatem, jak widzę, zrobić z nas coś w rodzaju robinsonów na
bezludnej wyspie, skazanych przez całe lata na łowienie ryb w Sekwanie
i polowanie na małpy w Lasku Bulońskim - żartował towarzysz Majoie.- Nie
widzę celu tej całej mistyfikacji.
- Pozwólcie, towarzyszu - odezwał się nagle towarzysz Marac, płaski,
kościsty mężczyzna, o twarzy zapadłej i kanciastej, champion głodówek więziennych,
mogący dać tydzień "for" każdemu zawodowemu głodomorowi.
Wszyscy zwrócili się w jego stronę.
- Zdaje mi się, że rozumiem myśl towarzysza Courreau. Badając dzisiaj
stan radiostacji na Eifflu, potknąłem się o tę samą myśl: utrzymać Europę
jak najdłużej w przekonaniu, że dżuma w Paryżu nie ustała. W międzyczasie,
objąwszy miasto, zorganizować w nim wzorową komunę. W środku Francji, w
sercu Europy, metropolię świata zamienić na olbrzymie miasto komunistyczne,
ognisko i komórkę, z której ustrój nasz rozpromieniuje na cały kontynent.
W chwili gdy będziemy już dostatecznie zorganizowani, nie czekając na wykrycie
naszej mistyfikacji - pierwsi zwrócić się ponad głowami otaczających nas
wojsk z apelem do robotników i chłopów Francji i całego świata. Nie zapominajmy,
że na tyłach blokującej nas armii stoją masy proletariatu francuskiego
i że zew, który nie docierał do nich ze wschodu, zagłuszony świstem, rykiem
i jazz-bandem orkiestry kapitalistycznej, rzucony stąd, z Paryża, wstrząśnie
całą Europą. Czy dobrze zrozumiałem waszą myśl, towarzyszu Courreau?
Towarzysz Caurreau skłonił głowę.
Po chwili milczenia zabrał głos towarzysz Durail, trzymający się dotychczas
na uboczu:
- Plan towarzyszy Courreau i Maraka jest bardzo piękny, obawiam się
jednak, że niewykonalny. Towarzysze Courreau i Marac nie biorą pod uwagę
jednej prawdy, przykrej lecz realnej: po to, żeby wytrwać przez długie
miesiące w pierścieniu kordonu, nie wystarczy, by Europa zostawiła nas
w spokoju. Trzeba jeszcze mieć co włożyć do gęby. Trzeba nakarmić trzydzieści
dwa tysiące ludzi, którzy wygłodowali się już do syta w więzieniach i którzy
dłużej głodować nie są zdolni. Towarzysz Duffy, który przeprowadzał dziś
ewidencję składów żywnościowych, wykrytych na terytorium miasta, będzie
nas mógł poinformować najlepiej o stanie zapasów i o tym, jak długo mogą
one starczyć na wyżywienie naszej komuny.
Z kolei wszystkie oczy zwróciły się w stronę towarzysza Duffy.
Towarzysz Duffy, bawiąc się ołówkiem i wystukując nim takt po stole,
zaczął mówić monotonnym, pedantycznym głosem, jak gdyby recytował wykuty
na pamięć raport:
- Ewidencji wszystkich zapasów przeprowadzić w ciągu dzisiejszego dnia
nie zdołaliśmy. Na dworcu Saint-Lazare znaleźliśmy większe zapasy mąki
i cukru.Ogółem około czterystu ton. W elewatorach wykryto tysiąc dwieście
ton pszenicy. Większe lub mniejsze zapasy prowiantów, przeważnie konserw
i makaronu, znaleziono w piwnicach fabryk artykułów spożywczych i przetworów
mięsnych. W piwnicach wielu domów prywatnych dzielnic: Etoile, Wielkie
Bulwary, Saint-Germain i Passy natrafiono na większe ilości mąki, ryżu
i cukru. Widocznie nagromadzili je tam mieszkańcy w obawie przed głodem.
Dokładną sumę tych produktów ustalić będzie mogła dopiero szczegółowa rewizja.
W przybliżeniu, ogólną cyfrę wykrytej w ciągu dzisiejszego dnia żywności
określić można z grubsza na dwa tysiące ton. Licząc, że przeciętny organizm
ludzki dla utrzymania się przy życiu wymaga dziennie: 82 g białka, 100
g tłuszczów, 310 g węglowodanów i 26 g witamin, co przełożone na cyfry
aprowizacyjne daje przeciętnie samego tylko chleba, w braku innych substancyj,
co najmniej 350 g dziennie - zapasów dotychczas odkrytych starczyć może
na wyżywienie trzydziestu dwóch tysięcy ludzi najwyżej na cztery do pięciu
miesięcy. Oczywiście nie podobna przewidzieć, ile żywności znajdziemy jeszcze
w piwnicach fabryk i domów mieszkalnych. Dobrać się do niej zdoła jedynie
skrupulatna rewizja...
Przez okna, zagłuszając słowa, bryznął nowy chlust oklasków.
Towarzysz Majoie zapalił papierosa, przeszedł się w zamyśleniu po sali i przystanął w oknie. W dole nieprzejrzany plac roił się mrowiem głów.
Tłum mitingował. Okolicznościowi mówcy wdrapywali się i zwinnie na strome
postumenty ośmiu symbolicznych dziewic-miast, rzucając stamtąd w ciżbę,
w otwarte od natężonej uwagi usta, pełnymi garściami pastylki mocnych,
zamaszystych słów, od których łechce w nosie i głowa kręci się jak pijana.
Z piedestału dziewicy, przedstawiającej Strasburg, mówił bezręki wąsal:
- Ja, towarzysze, chciałem rzec słowo względem tych towarzyszy, co
to z branży kryminalnej. Będzie między nami, towarzysze, ze trzy tysiące
towarzyszy kanciarzy, wypuszczonych z więzień razem z pozostałym proletariatem.
My, towarzysze, po sądach ich ciągnąć nie będziemy. Choć to niby i przestępcy,
jak to mówią, ale przestępcy, można powiedzieć, przecwko dawnemu państwu
burżuazyjnemu, a kogóż to wtedy nie uważali za przestępcę? Niejeden z głodu,
z nędzy, z bezrobocia świsnął gdzie funt kiełbasy albo jenszą szynkę, nie?
Takiego zaraz pański, klasowy sąd - bach do ula! Złodziej i tyle. My tam,
towarzysze, w tych drobiazgach grzebać się nie będziem. Jak rewolucja,
to rewolucja, znakiem tego wolność dla całego proletariatu bez różnicy
i wyjątku, nie? Innym słowem: starym grzechom, jakie by tam nie były -
można powiedzieć, amnestia i koniec. Od dzisiaj wszystko na nowa, po naszemu.
Co było, a nie jest - nie pisze się w rejestr, nie?
Ale, towarzysze, kiedy już towarzyszom-kanciarzom odtąd, jak to mówią,
wszystkie prawa obywatelskie i tak dalej, niech i oni pokażą nam teraz
swoje proletariackie pochodzenie. Były tam u nas z burżuazją różne porachunki
i niemałośmy się od nich krzywdy najedli - wyrównało się wszystko na glanc.
Teraz żeśmy wszyscy jednacy robociarze, proletariat i kropka. Kraść dobytek
ludowy - wara! My, towarzysze, na bawienie się z nimi czasu nie mamy. Władza
proletariacka każdy zamach na dobytek komunalny karać będzie bez ceregieli.
Niech towarzysze złodzieje to sobie dobrze zapamiętają. Co było, to było,
a od dzisiaj - ani mru,mru! U nas, towarzysze, sądów ani procesów nie trzeba.
Złapiemy złodzieja - grabił nasz komunalny majątek - i pod murek go! Nam
w policję bawić się nie pilno!
- Dobrze mówi!
- Mało roboty, jeszcze ich doglądaj!
- Myśmy się do nich za policjantów nie zgadzali!
- Dobrze mówi!
- Chcą po dobroci - roboty huk, a jakże, każdemu starczy. Nie chcą
- wolna wola. Pod murek i po krzyku.
- Właśnie, towarzysze, to chciałem powiedzieć. To już, towarzysze,
nasza, jak to mówią, sprawa familijna. KC w to mieszać nie trzeba, oni
swojej roboty mają dosyć. A ogłoszeń drukować ani powtarzać dwa razy nie
będziemy. Powiedziane i dosyć, nie?
Wąsaty mówca zeskoczył z piedestału, żegnany oklaskami.
Towarzysz Majoie uśmiechnął się i rozweselony odszedł od okna. Nowy
wybuch oklasków i grzmiące "rracja!" pociągnęły go mimo woli ku ostatniemu
oknu. Towarzysz Majoie rzucił ukradkiem spojrzenie w stronę stołu. Duffy
wciąż jeszcze recytqwał swoje sprawozdanie. Majoie na palcach zbliżył się
do ostatniego okna, oparł się o parapet i nastawił ucha.
W dole, z zabłąkanej tu, nie wiadomo skąd, drewnianej skrzyni, grzmiał
barczysty parobczak z zadartym nosem.
- Towarzysze! W tej chwili towarzysze z KC zastanawiają się nad sposobami
i możliwościami, jakby utrzymać Paryż w naszych rękach i nie oddawać go
więcej w ręce burżujów i kapitalistów. Główny sęk, towarzysze - z prowiantem.
Gąb do karmienia, naturalnie, mamy do diabła i trochę, a z prowiantem,
powiadają, całkiem gorzej. Ja, towarzysze, myślę, że niech to towarzyszy
z KC nie turbuje. Głodowaliśmy, towarzysze, naturalnie dla burżujów, dla
ich zysku, pogłodujemy i dla siebie, dla naszej własnej robotniczej władzy
radzieckiej. A Paryża burżujom nie oddamy!
- Dobrze gada!
- Nie po to nam się dostał, żeby go oddawać!
- A my co? Z powrotem do ula? Nie ma głupich! Ma się wiedzieć - przetrzymamy!
- Narodowi głodowanie nie pierwszyzna!
- Towarzysze, Rosja Radziecka gorzej głodowała w pierścieniu blokady
imperialistycznej, a przetrzymała, wybudowała naturalnie pierwszą republikę
socjalistyczną. Czymże francuski proletariat gorszy jest od rosyjskiego?
- Ma się wiedzieć, żołądek każden ma jednaki.
- A Komuna nie głodowała? Szczury jedli, a nie poddali się.
- Racja!
- Co tu dużo gadać, towarzysze. Wytrzymamy naturalnie i koniec. Tylko
patrzeć, ruszy się proletariat na tyłach; jak się dowie, że Paryż trzymamy
w garści, i pójdzie nam na pomoc. Miesiąc czy rok czekać wypadnie - poczekamy.
Prowiantu, jeżeli go oszczędzać, na miesiąc jeden albo drugi jako tako
starczy. Będzie trzeba - przetrzymamy się i dłużej. W elewatorach, towarzysze,
sam widziałem, przechowali dla nas naturalnie burżuje krztynę pszenicy.
Jakby tak wyśpekulować i odjąć sobie tę pszenicę od ust, a dociągnąć jako
tako do wiosny, to potem już bagatela. W mieście - miejsca wolnego, ile
chce. Ziemia także samo niezgorsza. Jak zasieje pszenicę na wiosnę - pod
koniec lata, ani chybi, mielibyśmy i już zboże z nowego zbioru. Nie jeden
rok można przetrzymać takim sposobem, a ile zechce. Ruszyć nas burżuje
nie ruszą - stchórzą, furt myślą - dżuma. A my im tu tymczasem takiego
piwa nawarzymy, że nie bijąc go, syci będą. Główna rzecz, towarzysze -
przetrzymać.
- Przetrzymamy, co nie mielibyśmy przetrzymać?
- Na więziennym wikcie wyżyliśmy, wyżyjemy i na własnym.
- Musowo, wyżyjemy!
- Nie po ta jedni gospodarze powyzdychali, żeby drugich wołać!
Towarzysz Majoie odwrócił się od okna. Do uszu jego doleciał spokojny
głos towarzysza Courreau:
... przed interwencją Europy pewniej od wszystkich armii broni nas
pancerz zarazy. Żadne promienie Roentgena nie są w stanie odgadnąć na odległość,
czy dżuma w Paryżu wygasła, czy też sroży się w nim po dawnemu...
W dole plac huczał dziesiątkiem tysięcy zapalczywych głosów. Towarzysz
Majoie rzucił papierosa i pospieszył na swoje miejsce, do stołu. Po skupionych
twarzach komitetowców odgadł, że zdążył na ostatni akt. Twarzy mówiącego
obróconego doń plecami, nie widział, po szorstkim głosie poznał jednak
Maraka.
- Towarzysze, za chwilę wniosek towarzysza Courreau będzie oddany pod
głosowanie. Od wyniku tego głosowania zależą, być może, losy proletariatu
Francji, losy całej Europy. Niechaj każdy z was poradzi się własnego sumienia.
Czy mamy prawo, dla ratowania własnego życia i życia trzydziestu tysięcy
naszych towarzyszy, w oczekiwaniu łaski i amnestii, wydać ich w ręce rządu
fabrykantów i imperialistów? Czy mamy prawo przepuścić moment jedynego
w dziejach ludzkości kataklizmu, który oddał w nasze ręce Paryż, oczyszczony
miotłą zarazy z burżuazji i bogaczy? Czy mamy prawo, w obawie przed głodem,
niedostatkiem i izolacją w kleszczach blokady, wyrzec się możności wzniesienia
w pośrodku Europy, i na miejscu jej dawnej stolicy, stolicy bankierów i
prostytutek, podwalin wielkiej wzorowej komuny, która jak słup ognia rozświeci
drogę proletariatowi wszystkich krajów, stanie się zarzewiem, pierwszą
głownią rewolucji światowej? Czy mamy prawo wyrzec się tej historycznej
misji, którą narzucają nam same okoliczności? Towarzyszu przewodniczący,
proszę postawić wniosek Courreau pod głosowanie.
Towarzysz Gaillard równym głosem wybił:
- Towarzysze, stawiam pod głosowanie wniosek towarzyszy Courreau i
Maroka. Kto - za? Proszę podnieść rękę.
Podniosło się dwanaście rąk.
Towarzysz Duffy powstrzymał się od głosu.
- Wniosek towarzysza Courreau przeszedł.- ogłosił lakonicznie Gaillard.
Przystąpiono do kolejnych punktów porządku dziennego.
Na placu wciąż jeszcze bulgotał nie milknący tłum, kiedy w drzwiach ministerstwa
ukazali się pierwsi komitetowcy. Ktoś z brzegu ryknął przeciągle:
- Idą!
Tłum zamilkł, zachybotał, pękł zygzakiem szczeliny i pochłonąwszy
wychodzących z gmachu ludzi zamknął się za nimi na powrót. Przez chwilę,
jak kręgi odrzuconych w wodę kamieni, kołysały się dokoła tego miejsca
kępy głów. Niebawem pochłonięci ludzie wypływać zaczęli pojedynczo na wysterczające
nad powierzchnię masy rafy postumentów. Nie było słychać słów, jedynie
gwałtowne ruchy rąk rozcinały powietrze, jak gdyby dwunastu obłąkanych
dyrygentów zapragnęło ująć w harmonijne karby partycji chaotyczną wrzawę
wielogłosego morza.
Z cokołu symbolicznej dziewicy-Strasburga mówił kościsty mężczyzna,
na którego twarzy wielkimi kroplami potu osiadała natarczywa ulewa oklasków.
- W miejsce dżumy, co zalać miała cały świat, a oczyściła tylko plac
pod naszą budowlę, wzniecimy wielką zarazę idei, która morzem oczyszczającego
ognia rozleje się po starym kontynencie drwiąc z armii, kordonów i granic.
Paryż, który pierwszy pokazał Europie pierwszą Komunę, pierwszy rozdmucha
jej ustrój na całą Europę!...
Rozsadzany drożdżami entuzjazmu tłum wykipiał wezbranym refrenem "Międzynarodówki".
Chudy, kolczasty człowiek, jak korek porwany wirem, spłynął na wartkie
ramiona, poniesiony gdzieś naprzód, bez celu.
Długo rozhuśtane fale ludzkie przelewały się w buchtach placów i cieśninach
zaułków.
Aby wyrwać łatwozapalny tłum z tego rozkiełznanego uniesienia i skierować
go w łożysko konkretnej akcji, należało przede wszystkim rozpruć jego szwy,
poćwiartować go nożycami organizacji.
Do południa, rozczłonkowana masa, sprzęgnięta na nowo klamrami dyscypliny,
stanowiła już zdolny do działania systemat sił.
Pierwszym zadaniem chwili było oczyszczenie ulic z gnijących trupów,
zagrażających miastu powrotną falą zarazy. O grzebaniu takiej ilości zwłok
ani o spaleniu ich w ciasnych, prowizorycznych krematoriach, nie mogło
być nawet mowy. Postanowiono spalić je pod gołym niebem.
Przez trzy dni na wszystkich wielkich placach Paryża rozbita na ekipy,
karna armia ludzi o golonych głowach wznosiła olbrzymie stosy z mebli i
makulatury, na które zwalano trupy. Na czwarty dzień praca była ukończona.
Stosy oblano benzyną i naftą i podpalono.
Dzień był zupełnie bezwietrzny i sąsiadującym budynkom nie groziło
żadne niebezpieczeństwo. Ogień czarną spiralą dymu uderzył w niebo, i podpalone
niebo, jak dymiąca strzecha, runęło nakrywając miasto burą kosmatą czapą.
8 września dzienniki całego świata doniosły o pożarze Paryża. Na wzniesienia
i wzgórza Francji wytegły tłumy Francuzów oglądać go gołym okiem. Czarny
gejzer dymu bił na setki metrów w niebo. Był to widok niezapomniany.
Odważny lotnik francuski, który na własne ryzyko umyślił przelecieć
nad płonącym Paryżem, zmuszony był zawrócić w kłębach gryzącego dymu i
nie potrafił opowiedzieć nic nad to, że Paryż płonie od końca do końca.
Łatwo rozczulająca się babcia-Europa roztkliwiła się tego dnia nad
losem nieszczęsnego miasta do prawdziwych, nieglicerynowych łez. Starsi
panowie całego świata wspominali z rozrzewnieniem lata młodości, "Moulin
Rouge", "Maxima", midinetki i manekiny. Księża z ambon napomykali mglisto
o karze bożej i nawoływali do pokuty. W izbie deputowanych siwy, nieśmiertelny
Briand napadał na komunistów.
Nazajutrz stacje odbiorcze kontynentu pochwyciły po długiej przerwie
pierwsze radio z Paryża. Depesza donosiła o pożarze, o rozprzężeniu i o
dalszych postępach epidemii.
Wypadki następnych miesięcy odwróciły, siłą rzeczy, na długo uwagę
Francuzów od ich nieszczęsnej stolicy, z której otrzymywane systematycznie
wiodomości były po dawnemu mało pocieszające.
Korzystając z ciężkiego położenia Francji, Niemcy odmówiły kategorycznie
dalszych spłat według planu Dawesa, wymawiając się trudnościami natury
gospodarczej. Zapachniało wojną. Gazety burżuazyjne, z socjalistami na
czele, wzywały do okupacji Berlina i rozprawienia się z krnąbrną sąsiadką.
Marynarze floty śródziemnomorskiej odpowiedzieli rewoltą, wyhisowawszy
na maszty czerwony sztandar. Garnizon Lionu sympatyzował z nimi wyraźnie,
demonstrując w szeregach robotniczych przeciwko wojnie.
Nadzwyczajne posiedzenie Ligi Narodów zapisało dwa wagony firmowego
papieru, usiłując za wszelką cenę załagodzić nabrzmiały konflikt. Pod naciskiem
mas robotniczych rząd francuski zmuszony był pójść na ustępstwa, które
pogwałciły dziewictwo traktatu wersalskiego. Bezpośrednia groźba wojny
zdawała się być zażegnaną.
Radiostacja Paryża głosiła po dawnemu o wzmaganiu się zarazy i o wybuchłych
w zapowietrzonym mieście rozruchach. Według ostatnich wiadomości wschodnimi
dzielnicami Paryża zawładnęła sekta anarchistów-nihilistów, która postawiła
sobie za cel zburzenie miasta. Trzej rządowi lotnicy, którzy spróbowali
przelecieć nad Paryżem, zostali strąceni wystrzałami domniemanych sekciarzy.
Ten pożałowania godny incydent ostatecznie odebrał rządowi ochotę do wtrącania
się w sprawy zadżumionego miasta, które pozostawiono odtąd jego opłakanemu
losowi.
Minęły miesiące. Łatwo zapominająca wietrznica Francja pomału pogodziła
się z utratą ulubionej stolicy. Dotkliwiej od tej utraty dawał jej się
we znaki brak wypchanych dolarami turystów, .których zwabić z powrotem
było niezmiernie trudno. Należało za wszelką cenę zaopatrzyć się jak najprędzej
w nową stolicę, która nie ustępowałaby poprzedniej pod względem komfortu
i rozmaitości pikantnych wabików. Powstało specjalne konsorcjum dla rozszerzenia
i eksploatacji Lionu.
Po obu stronach liońskich bulwarów z błyskawiczną szybkością drapały
się w górę zbytkowne, ośmiopiętrowe hotele, otwierały się teatry,dansingi
i kabarety, wyrastały luksusowe domy publiczne, męskie i kobiece. Z wszystkich
zakątków Francji zwożono pośpiesznie zabytki historyczne.
Sensacyjną wieść o nowej olśniewającej stolicy telegraf w okamgnieniu
roztrąbił na wszystkie strony świata.
Niebywała nowina spotkała się z gorącym oddźwiękiem na całej kuli
ziemskiej; każde państwo śpieszyło ofiarować zaludniającemu się Lionowi
swój wdowi grosz w naturze. Z uslużnej sojuszniczki-Ameryki, która w imię
zyskownej transakcji przemogła nawet strach przed nie zlikwidowanym jeszcze
ogniskiem zarazy, dzień w dzień odchodziły do Francji olbrzymie "Majestiki",
naładowane aż po czubek najwyższego komina armiami jazz-bandów, girls,
maitre d'hoteli, stewardów i groomów. Co odważniejsi Amerykanie pakowali
już walizy, aby z pierwszą wycieczką Cooka pierwsi pbstawić stopę na odzyskanym
centymetrze Europy.
Ze wszystkich stron świata serpentynami szyn zjeżdżały nad Rodan w
karkołomnym wyścigu kokoty, rajfurki i zwykłe prostytutki, żywy towar wszystkich
narodów i ras, dla którego zapobiegliwy rząd francuski zmuszony był wprowadzić
pociągi nadliczbowe.
W cieniu nowiutkich domów, jak grzyby wyrosłe z ziemi zroszonej obfitym
deszczem dolarów, zjawili się niezniszczalni, brzuchaci hotelarze.
Nad całym miastem zawisł stukot przybijanych reklam i szyldów. Dniem
i nocą, z ulic i zaułków, mamiąc przechodniów migotały bez ustanku znajome
napisy nocnych hotelików. Owego zaś wieczora, gdy pod jazgot jawajskiej
orkiestry, po raz pierwszy po długiej przer wie zatoczył swój odwieczny
krąg odbudowany w Lionie gorejący wiatrak "Moulin Rouge'u", cała Europa
odetchnęła z ulgą, jak gdyby chciała powiedzieć: "A jednak się obraca."
Perlistą, wszystko zmywającą strugą, rynsztokami nowego Montmartre'u
popłynął szampan i z pustoszejących wsi do fabryk czarną strugą popłynęli
wychudli, obdarci robotnicy.
Drugiej jesieni czterdziesty szósty z rzędu gabinet stabilizował franka.
We Francji, z racji kiepskiej koniunktury, ludzie przestali kupować samochody.
Fabrykom groziło zamknięcie. Wszędzie redukowano do połowy personel. Celem
uniknięcia zaburzeń usuwano po kilku ludzi, o różnych porach dnia, z różnych
oddziałów. O przyjmowaniu nowych robotników nie mogło być mowy.
W izbie deputowanych białogrzywy socjalista Paul Boncour referował
projekt o zwiększeniu w dwójnasób kadr policji.
Pewnego pięknego sierpniowego wieczora, kiedy po zmierzchających ulicach
Lionu oscylował ten przypadkowy, niezgrany tłum statystów, jaki na ekran
bulwarów liońskich wyrzucał co wieczora zepsuty aparat projekcyjny Europy,
na rogu ulicy Vivienne i bulwaru Montmartre Jeannette oświadczyla Pierre'owi,
że potrzeba jej nieodzownie wieczorowych pantofelków.
Bure mgły londyńskie oparem wilgotnych gazów trujących pomaku rozsnuwały
się nad Europą.
W te lata uczeni stwierdzali wyraźną zmianę klimatu europejskiego.
Zimą w Nicei leżał grząski śnieg i zdumione palmy, siwe, z zaondulowanymi
przez przymrozki liśćmi, jak dziwne płaskopierśne "garsonki", balansowały
w widmowym tangu.
W Londynie, jak zawsze, była mgła, i we dnie we mgle paliły się latarnie,
i w mętnawej, mlecznej galarecie przemykali się zjeżeni ludzie - oślepłe
podwodne łódki z dziwacznie krótkimi peryskopami fajek.
Londyńczycy zamiast płuc mają prawdopodobnie gąbki, aby wchłaniać
nimi mgłę i wchłonąwszy wydychać ją z powrotem jak fabryki - dym spiczastymi
mordami kominów.
W południe we mgle zadarte ku niebu spiczaste mordy kominów wyły przejmująco
jak psy, wietrzące trupa, i wtedy z fabryk, z biur, z urzędów państwowych
wysypywały się miliony ludzkich gąbek wsysać mgłę, aby ponieść ją na powrót
do sześciopiętrowych mrowisk urzędów i biur.
W czarnych jak kopalnie portach co dzień o jednej i tej samej porze
huczały brzuchate okręty i na okrętach odpływały do angielskich dominiów
transporty żolnierzy, urzędników i zwykłych obywateli Brytyjskiego Imperium,
aby tam, pod skwarnym niebem Indii, wytchnąć ze siebie trochę mgły, która
ołowianym oparem rozściele się po ziemi, bowiem dla przepalonego słońcem
Hindusa londyńska mgła jadowitsza jest od trującego gazu.
Tego lata w Europie padał bez przerwy drobny, kłujący deszcz i w sierpniu
od brzegów Brytanii tchnęło mgłą. Mgła ciężkim woalem przepłynęła nad La
Manchem, otuliła zielone wybrzeża Normandii i pociągnęła dalej, oblekając
przedmioty i miasta szarym, mięciutkim zamszem. Szare kosmate kłęby pełzły
równinami jak dym. Uczeni przepowiadali słotną jesień i nie wyciągali z
tego dalszych wróżb, jak to czynili chłopi, którzy, pamiętając o tym, że
dym ściele się po ziemi przed burzą, przebąkiwali o nieszczęściu.
Na La Manche przeciągłym krzykiem syren nawoływały się zabłąkane we
mgle parowce.
W Dauville mgła zdmuchnęła z plaży przybyłych rozkoszować się słońcem
letników i morze łasymi językami chłeptało biały piasek, jak zapomniane
na talerzu, wystygłe puree z kartofli. Po tarasach hoteli wałęsali się
nastroszeni, jakby niewyspani ludzie, z flanelowymi szalami, omotanymi
dokoła szyj.
W restauracjach, w kawiarniach, w holach hoteli, od rana skowytał
już jazz, i niefortunne, półnagie letniczki, ociekające żółtym, trupim
światłem żyrandoli, w sukniach, przypominających do złudzenia kostiumy
kąpielowe, drgały w synkopach rozkoszy, wczepione jak kraby w piersi otrząsających
się nurków-tancerzy.
Rankiem z szarego obłoku mgły zygzakiem błyskawicy wyskoczył pociąg
pośpieszny i po piorunochronie szyn spadł na stację. Na peronie oczekiwali
go dwaj panowie w czarnych cylindrach, ze dwadzieścia sztuk fotografów
i niespokojny tłum dziennikarzy. Z wagonu pierwszej klasy wyszedł wygolony,
szpakowaty dżentelmen w kepi, w towarzystwie kilku młodszych dżentelmenów.
Panowie w cylindrach ceremonialnie pośpieszyli na jego spotkanie. Zaterkotały
aparaty. Panowie, uchylając uprzejmie cylindrów, odezwali się po angielsku.
Przy wyjściu oczekiwały dwa samochody, i samochody pod ciężarem i opuszczających
się na ich siedzenia dżentelmenów zakołysały się przymilnie i odpłynęły
we mgłę. Reporterzy na pierwszych z brzegu taksówkach pomknęli w ślad za
nimi, trawieni słodką nadzieją wywiadu. Przybyły dżentelmen był angielskim
premierem ministrów.
W godzinę później do obleganego przez dziennikarzy holu hotelu zszedł
sekretarz premiera, przebrany w malowniczo-dyskretny pullover i luźny angielski
garnitur, i z miną grzecznie znudzoną oświadczył natrętnym, reporterom,
że premier przybył do Dauville, nie kierując się żadnymi planami natury
politycznej, po to jedynie, aby odpocząć kilka dni po trudach państwowych,
i że żałuje niezmiernie, iż pogoda tak bardzo nie dopisała.
Reporterzy przykładnie stenografowali. Wiedzieli doskonale, że nie
dalej jak wczoraj do Dauville przybył z Lionu prezes rady ministrów, którego
spotykali na dworcu i odprowadzali do tego samego hotelu, usłyszawszy od
niego prawie identyczne oświadczenie. Wiedzieli również i o tym, że dwa
dni temu pociągiem od granicy belgijskiej przybył do Dauville poseł Państwa
Polskiego, aczkolwiek witać go na dworzec chodził tylko jeden pan w cylindrze
i na peronie nie było ani fotografów, ani dziennikarzy.
Dlatego, zapisawszy pilnie oświadczenie sekretarza, pobiegli zadepeszować
do swych redakcyj wiadomość o ważnej konferencji politycznej przedstawicieli
trzech mocarstw. Następnie powrócili co tchu czatować na małomównych dyplomatów.
Przez całe rano obaj dyplomaci pozostawali w swych apartamentach.
Kazali sobie tam podać śniadanie, które obaj spożyli z apetytem. O godzinie
czwartej popołudniu reporter, przebrany za lokaja, zauważył, że premier
angielski osobiście udał się do W.C., gdzie pozostawał przez czas dłuższy,
po czym wrócił do swego gabinetu.
Dopiero około godziny szóstej wieczór, ku uciesze wszystkich reporterów,
wartujących cierpliwie za portierami, premier francuski w towarzystwie
sekretarza opuścił swe apartamenty w lewym skrzydle hotelu i bez żadnych
wybiegów udał się wprost na prawe skrzydło, do apartamentów premiera angielskiego.
Na twarzy jego, jakkolwiek dziennikarze wytężali oczy, nie podobna było
dopatrzeć się żadnego określonego wyrazu. Jeden z reporterów zauważył jedynie,
że, przechodząc obok jego portiery, premier z cicha pogwizdywał popularną
piosenkę.
Wizyta przewlekała się. Trzy razy reporter przebrany za garsona podawał
do apartamentu nr 6 koktaile i długo bez szmeru krzątał się koło szklanek.'
Przez cały czas jego obecności obaj dyplomaci mówili przeważnie o pogodzie,
skarżyli się na marne urodzaje w państwie, wymieniali zdania na temat ostatnich
wyścigów w Wembley. Reporter ostatecznie nie wskórał nic, upuściwszy tylko
w zasłuchaniu i z braku wprawy jedną szklankę.
Około godziny ósmej wieczór po kogoś posyłano. W dziesięć minut później
do drzwi apartamentu Nr 6 zapukał poseł Państwa Polskiego. Wygląd miał
arystokratyczny i stylizowanie niedbały, a staranny przedział, wytyczony
między rzadkimi kępkami włosków, zbiegał mu do samego kołnierzyka.
Podawano jeszcze raz koktaile. Rozmowa toczyła się po angielsku. Mówiono
o zaletach różnych gatunków cygar. Poseł Państwa Polskiego w roztargnieniu
strzepywał pyłki z rękawa. Reporterzy za portierami niecierpliwie otwierali
i składali kieszonkowe aparaty fotograficzne. Pragnęli za wszelką cenę
utrwalić wyrazy twarzy wychodzących po konferencji dyplomatów i denerwowali
się, że ten dokument historyczny może z łatwością zginąć wskutek niedostatecznego
oświetlenia korytarza.
Wreszcie, około godziny dziewiątej, drzwi apartamentu Nr 6 otwarły
się i wyszedł poseł Państwa Polskiego niedbale poprawiając swe nieskazitelnie
śnieżne mankiety. Twarz jego, jak przystoi twarzom dyplomatów, była całkowicie
pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu. Poseł Państwa Polskiego odjechał windą
do swego apartamentu.
Dopiero w dobre pół godziny po jego odejściu, w drzwiach apartamentu
Nr 6 ukazał się premier francuski, odprowadzany do progu przez swego angielskiego
kolegę. Twarz miał z lekka obrzmiałą i różową, jak ludzie, którzy napalili
się cygar. Niektórzy z mniej doświadczonych reporterów wzięli to za oznakę
podniecenia. Niestety oświetlenie korytarza okazało się istotnie niewystarczającym;
gorliwym reporterom najwidoczniej nie było sądzone utrwalić, jak się należy,
dla potomności wyrazów twarzy, jakie mieli dyplomaci tego znamiennego wieczora.
Odprowadziwszy premiera francuskiego do jego apartamentów, dziennikarze
rozsypali się: jedni na pocztę, drudzy do restauracji - pałaszować kotlety
po wiedeńsku i pisać artykuliki, inni wreszcie na dansing - rozprostować
nogi po pracowitym dniu. Obaj premierzy odprawili służbę i najpmawdopodabniej
udali się na spoczynek. Dzień polityczny zakończył się. Nic ciekawego nie
mogło zajść do następnega rana. Ostatni reporter, pragnąc nazajutrz od
świtu być pierwszy naposterunku, opuścił hotel.
A szkoda. Gdyby był doczekał do dwunastej, uwagi jego z pewnością
nie uszedłby nie pozbawiony znaczenia wypadek. Za dziesięć dwunasta, przed
bramę hotelu zajechał samochód. Ze schodów zszedł poseł Państwa Polskiego;
poprzedzał go boy, niosący walizkę. Poseł i walizka zniknęli w drzwiczkach
samochodu. Auto odjechało w stronę dworca.
W tydzień potem, w porannych dziennikach, gdzieś na niedostrzegalnym
szarym końcu, po raz pierwszy nonparelem wypłynęło imię Państwa Polskiego.
Pod koniec tygodnia kwestia polska, podnosząc się z błyskawiczną szybkością
jak rtęć w rurkach szpalt, zapełniła całe kolumny, podpełzła ku nagłówkom.
Wiadomości stawały się coraz konkretniejsze.
Na terytorium Państwa Polskiego, nie wiedzieć skąd, zjawił się nagle
nowy, naprędce spreparowany hetman, który zamyślił pochód na Ukrainę w
celu wyzwolenia jej spod jarzma bolszewickiego. W udzielanych obficie wywiadach
hetman obwieszczał wskrzeszenie "samostyjnej" Ukrainy, połączonej z państwem
unią historyczną. Z cichego przyzwolenia rządu polskiego świeżoupieczony
hetman werbował na terenie Państwa Polskiego wyzwoleńczą armię ukraińską.
Pisma polskie trąbiły pobudkę. Wspominały głośno o nieprzedawnionych granicach
historycznych... Rząd zachowywał powściągliwe milczenie.
Kiedy wypadki, zdawało się, dobiegały już punktu kulminacyjnego, rząd
Związku Republik Radzieckich zwrócił się do rządu polskiego ze spokojną
notą ostrzegawczą, żądając w interesie pokoju europejskiego i lojalnych
stosunków sąsiedzkich natychmiastowego zlikwidowania organizacji awanturniczych,
zagrażających integralności i pokojowi Związku Radzieckiego.
Prasa burżuazyjna dopatrzyła się w tej nocie niesłychanej prowokacji
i zaczęła przebąkiwać o wojnie. Podszczuwany rząd Państwa Polskiego odpowiedział
notą nieparlamentarną. Nastąpiła ostra wymiana ultimatów.
W Lionie tego dnia powiał gwałtowny wiatr północno-zachodni, i na
wietrze jak niewysuszona bielizna rozwieszona na niewidzialnych sznurach
łopotały postrzępione łachmany mgły. Wicher z furią pędził ulicami zwalając
z nóg nieopatrznych przechodni. W powietrzu jak ociężałe ptaki poszybowały
zdmuchnięte kapelusze i w ślad za nimi w dziwacznych podskokach jak gumowe
piłki pognali bezgłowi ludzie.
Około szóstej wieczór na ulicach ukazały się dodatki nadzwyczajne.
Na skrzyżowaniach ulic przechodnie kręcili się jak bąki przytrzymując uciekające
im z rąk płachty. Pod nieprzeniknioną siatką mgły ludzie jak schwytane
motyle trzepotali niezgrabnie rozpostartymi skrzydłami gazet.
Za grubymi szybami kawiarni opaśli, zadomowieni bywalcy grali w preferansa
i z namaszczeniem dobierając maści ciskali z rozmachem w serca kierów ostrymi
pikami pik.
- Wist.
- I owszem.
- A my go - atucikiem.
- Tak, m'sje, to już nie żarty. Ci bandyci sprowokowali wojska polskie
do przekroczenia ich granicy. Zagrażają jawnie integralności naszej wiernej
sojuszniczki Polski. Francja tej prowokacji nie ścierpi.
- Pas.
- Jeszcze jak!
- Poślemy przyjaciołom polskim w sukurs wojska i amunicję. Bolszewików
wytępimy.
- A my mu zajedziemy kierem! Tak, m'sje, tylko tą drogą możemy zaprowadzić
nareszcie w Europie dawny, przedwojenny porządek. Mówiłem to zawsze mojemu
deputowanemu, Juliet. Nigdy nie skończymy z drożyzną, nie skończywszy wprzód
z Sowietami.
- Damulka pik.
Na dworze pędził wiatr, smagał grube szyby, wzbijał się w górę, koziołkował
po dachach, utknął, zaplątał się w pajęczynie anten, wywikławszy się z
niej gnał dalej i rozhuśtane anteny huczały żałośnie, długo.
W klubie przemysłowym tego wieczora, jak co dzień, goście grali w
bakarata i suto wieczerzali w bufecie, żując powoli i zakrapiając "Chablis"
tłuste portugalskie ostrygi. W palarni, w wygodnych, skórzanych fotelach,
wysmokingowani panowie palili cygara i papierosy, rozprawiając z ożywieniem.
Wtedy wszedł zarządzający z dwoma lokajami, niosącymi długi zwitek.
Zwitek, jak się okazało po rozwinięciu, był mapą Europy. Lokaje powiesili
ją na ścianie.
Zarządzający zwracając się do szpakowatych panów, rozpartych wygodnie
na kanapie, objaśnił z uśmiechem:
- Ile razy jest wojna - panowie lubią mieć pad ręką mapę. Ostatniej
wojny trzeba było ze sześć razy zmieniać mapy. Całkiem podziurawili je
szpilkami.
Panowie otoczyli mapę kołem.
W rogu, na kanapie, łysy jegomość w monoklu mówił do siwego pana z
bokobrodami:
- Podobno wczoraj wieczór eskadra angielska odpłynęła w kierunku Petersburga?...
Pan z bokobrodami nachylił się ku sąsiadowi konfidencjonalnie:
- Mój przyjaciel, sekretarz ministerstwa spraw wewnętrznych, mówił
mi wczoraj - oczywiście między nami - że rząd zamierza jutro ogłosić mobilizację.
Tworzy się koalicja całego świata kulturalnego, coś w rodzaju nowej krucjaty,
przeciwko tym łajdakom komunistom. W ciągu trzech tygodni bolszewicy zostaną
zmieceni i w Rosji przywrócona będzie władza legalna. W Londynie, za wiedzą
rządów angielskiego i francuskiego, ukonstytuował się już rząd tymczasowy
z poważnych mężów stanu emigracji rosyjskiej. Przebąkują nawet, jakoby...
- pan z bokobrodami nachylił się niżej i dokończył już niedosłyszalnym
szeptem.
- Co pan mówi! - zainteresował się łysy. - Tak, to bardzo rozumne.
Zresztą, od dawien dawna byłem tego zdania. Nigdy przemysł francuski nie
pobędzie się tego fermentu, dopóki tam, na wschodzie, będą istniały Sowiety.
Zlikwidowanie Sowietów, zaprowadzenie porządku w Rosji, to decydujący cios
dla naszego rodzimego komunizmu, to zwycięstwo na naszym wewnętrznym, przemysłowym
froncie. W imię jego cała rozumnie myśląca Francja nie cofnie się przed
żadnymi ofiarami...
Na dworze, opustoszałymi ulicami, na wyścigi z samotnym motocyklem,
pędził wiatr i w wietrze olbrzymimi płatami monstrualnego śniegu wirowały
strzępy nadzwyczajnych dodatków. Na rogach ulic jak widma w czarnych ceratowych
kapturach tańcowali niezdarnie policjanci.
W drukarni gazety robotniczej jasno płonęła elektryczność, terkotały
linotypy i usmoleni zecerzy, jak dziwni wirtuozi, z rękami w odciskach,
cwałowali rozsypanym tabunem palców po maleńkich brukowcach klawiszy. Miarowo
to podskakiwały, to opadały dźwignie i zgapione litery jak żołnierze skrzyknięci
na zbiórkę błyskawicznie ustawiały się w rząd. Potem czcionki jak pływacy
z odskoczni rzucały się w dół, do basenu z płynnym ołowiem, aby po chwili
wypłynąć stamtąd spoistą linijką zdania:
Dziś, o godz. 12 w południe, pierwszy trans-
Znowu litery gonią litery, aby, rozpalone biegiem, po chwili wynurzyć się nowym smukłym wierszem:
port broni i amunicji wysłany z Lionu do Polski
I dalej
utknął w odległości 80 km od granicy niemieckiej, na skutek gremiałnego strajku kolejarzy, którzy odmówili przepuszczenia jakiegokolwiek transportu, przeznaczonego do walki z robotniczym Związkiem Republik Radzieckich.
Kropka.
- Zuchy chłopaki! - uśmiecha się zecer.
Znów migają palce po schodkach klawiszy. Znów, jedna za drugą, po
linach, po rusztowaniach dźwigni, jak akrobatki, drapią się czcionki, aby
po chwili rzucić się głową w dół w bulgocący basen i wypłynąć stamtąd nowym
nierozerwalnym łańcuchem wiersza:
O godz. 3 po południu na mieście ukazał się dekret o mobilizacji kolei żelaznych.
I zaraz następne:
Centralny Komitet Zjednoczeniowych Związków Zawodowych proklamował na jutro strajk generalny.
- Towarzyszu, złóżcie cycerem odezwę KC partii do mas robotniczych.
Znowu klekocą klawisze:
Towarzysze! Burżuazyjny rząd francuski , pod dyktando angielskich kapitalistów...
U wejścia do drukarni rozległ się gwar głosów, tupot nóg i szczęk karabinów.
Na schodach, prowadzących w dół, zaroiło się od granatowych ludzi.
Policja.
Pod wieczór na mury domów wystąpiły czerwone plamy plakatów: odezwa
Komitetu Centralnego Kompartii do robotników i żołnierzy.
Około siódmej na bulwarach wszystkich miast Europy ukazały się nowe
dodatki nadzwyczajne, przynoszące sensacyjną wiadomość.
Samolot angielski, w drodze z Londynu do Lionu, zabłądziwszy w gęstej
mgle nad La Manche'em i zmyliwszy kierunek, nieoczekiwanie znalazł się
nad Paryżem i, cudem uchodząc przed obstrzałem, zdołał, mimo złamanego
skrzydła, wylądować szczęśliwie poza obrębem kordonu.
To, co lotnik angielski zobaczył i opowiadał, było tak niewiarygodne,
tak fantastyczne, że nawet nie odznaczająca się zbytnimi skrupułami prasa
bulwarawa podawała jego relacje z dużą rezerwą.
Pragnąc stwierdzić, gdzie się znajduje, pilot leciał na wysokości
zaledwie stu metrów nad ziemią. Gdy się zorientował, że jest nad Paryżem,
było już za późno; ciekawość przemogła w nim obawę.
Leciał od strony Lasku Bulońskiego. Dzięki południowemu wiatrowi,
który rozwiał nad miastem mgłę, mógł wszystko widzieć, jak na dłoni. Paryż,
który odsłonił się jego oczom, nie był bynajmniej spalony. Gmachy, pałace
i posągi - wszystko na pozór stało na swoim miejscu, a jednak wszędzie
dawała się zauważyć bijąca w oczy zmiana. Pierwszą rzeczą, która uderzyła
lotnika, była nieprzeliczona ilość wznoszących się nad miastem olbrzymich
masztów radiostacji. Powietrze we wszystkich kierunkach przecinały rozpięte
w nieskończoność druty anten.
Minąwszy Łuk Triumfalny, pilot leciał dalej, wzdłuż alei Pól Elizejskich.
To, co ujrzał tutaj, przekraczała już wszelkie granice prawdopodobieństwa.
Gdzie niegdyś niezmierzoną taflą wyślizganego asfaltu rozpościerał
się plac Zgody, od Madeleine do Izby Deputowanych i od Pól Elizejskich
do Tuilleryj, pod lekkim podmuchem południowego wietrzyka falował teraz
łan dojrzałego zboża. Zboże to żęły właśnie motorowe żniwiarki, prowadzone
przez barczystych ogorzałych ludzi w białych koszulach. Mężczyźni i kobiety,
w takich samych lekkich ubraniach żniwiarzy, zwinnie podawali gotowe snopy
na oczekujące auta ciężarowe. Gdzieniegdzie, na skraju ścierniska, odpoczywające
kobiety karmiły piersią niemowlęta.
Dostrzegłszy nadlatujący aeroplan, żniwiarze przerwali pracę, zadzierając
do góry głowy i wymachując we wzburzeniu rękoma.
Przelatując dalej nad parkiem Tuilleryjskim, pilot zauważył w nim
kolonię, złożoną z paru tysięcy bawiących się dzieci, w jednakowych ubrankach,
fartuszkach i maleńkich, czerwonych czapeczkach, przypominającą pole makowe
o miedzę z polem pszenicznym.
Gdzie dawniej rozciągał się Ogród Luksemburski, bielał teraz w słońcu
grzędami kalafiorów, szachownicą kolorowych działek, ogromny ogród warzywny.
Lotnik tak był zaskoczony tym, co ujrzał, że rezygnując z dalszych
obserwacyj przeciął miasto na ukos, chcąc czym prędzej podzielić się swym
odkryciem z władzami.
Nad Sekwaną, w miejscu, gdzie karkołomnym skokiem przesadza ją w powietrzu
most metropolitenu, ujrzał biegnący po wiadukcie pociąg, złożony z wagonów
towarowych, naładowanych jakimś materiałem. Ludzi na ulicach nie było widać
prawie zupełnie, jedynie na polach i w ogrodach, wydłużające się jednak
ku niebu wąską smugą dymu kominy fabryczne świadczyły o tym, że tętni tu
powszechna natężona praca.
Przelatując nad południowymi przedmieściami, pilot stał się przedmiotem
zaciętego obstrzału, co zmusiło go do wzbicia się na znaczną wysokość.
Jedynie dzięki zręcznym ewolucjom udało mu się ujść bez znaczniejszego
szwanku.
Lotnik utrzymywał, że Paryż otaczają poważne fortyfikacje, i przysięgał,
że dostrzega na bastionach dalekonośne działa.
Nieprawdopobną opowieść pilota radio rozniosło tegoż dnia po całej
kuli ziemskiej.
Przed nadejściem wieczora w całej Francji sensacją dnia byli już tajemniczy
ludzie, zbierający zboże na placu Zgody i płodzący cale falangi dzieci.
We wszystkich kabaretach Lionu śpiewano o nich frywolne piosenki.
Wypadki dnia następnego potoczyły się już z prawdziwie zawrotną szybkością.
O godzinie dziesiątej rano w Lionie ukazał się dekret o powszechnej
mobilizacji. Pomimo stanu wojennego i zakazu zbiegowisk, ulice pęczniały
wzburzonym tłumem, wylewającym się w pochody z wrogimi okrzykami przeciwko
wojnie. Zorganizowana na poczekaniu patriotyczna milicja faszystowska starała
się dopomóc policji utrzymać miasta w ryzach posłuszeństwa. Spędzani stadami
rezerwiści przecinali ulice ze śpiewem "Międzynarodówki". Trzy pancerniki,
stacjonowane w Tulonie, wypłynęły na morze pod czerwonymi banderami. W
miastach panował ferment i rozruch. Pułk, który otrzymał rozkaz wymarszu,
zabarykadował się w koszarach, wywieszając z okien czerwone chustki.
O godzinie dwunastej w południe dzienniki przyniosły wiadomość o odpłynięciu
eskadr angielskich w kierunku Leningradu. Rząd niemiecki oświadczał, iż
w wybuchłym konflikcie zachowywać będzie jak najściślejszą neutralność.
Wieczorne wydania gazet nie wyszły jwż w całej Europie z powodu strajku
generalnego. Rozgorączkowane tłumy, chciwe wiadomości, oblegać zaczęły
około godziny ósmej wieczór uliczne głośniki domów handlowych, parków i
redakcyj w oczekiwaniu ostatnich depesz. Punktualnie o trzy kwadranse na
ósmą głośniki wykasłały pierwsze sygnały regulacyjne oczekiwanych stacyj.
Wtedy to, niespodziewanie, poprzez minorowy akompaniament miarowo
odliczanych cyfr, zagluszając go, jak miedziany ryk trąby, rozgrzmiały
nagle w grającej z tłumikiem orkiestrze smyczkowej, przedarł się tubalny
głos:
- Halo! Halo! Mówi Paryż!
Słowa te były tak nieoczekiwane, że tłumy w podnieceniu zakotłowały
i umilkły, niepewne, czy nie padły ofiarą złudzenia słuchowego.
Przez chwilę słychać było w głośniku jedynie niewyraźne echo, doliczające:
"osiem, dziewięć, dziesięć..." Rozgorączkowane oczekiwaniem tłumy pochyliły
się bliżej. Wtedy, poprzez dźwięk odliczanych cyfr, po raz drugi rozległ
się donośny, metaliczny bas:
- Halo! Mówi Paryż!
Teraz nie moglo już być wątpliwości. Gniotąc się i prąc, ludzie z
ciekawością cisnęli się ku głośnikom. Akompaniament umilkł. Po chwili ten
sam głos ozwał się po raz trzeci:
- Mówi Paryż!
Po niewiarygodnych rewelacjach lotnika angielskiego brzmiało to, jak
klucz do niepokojącej zagadki. Po chwili głos rozległ się znowu, dobitny
i ogłuszający:
- Mówi Paryż! W chwili obecnej miasto Paryż posiada siedem wybudowanych
przez ostatnie dwa lata radiostacji o średniej mocy 500 kilowatów każda.
Nastawiliśmy nasze maszyny na długość fal wszystkich popularnych stacyj
kontynentu. Łącząc się z którąkolwiek bądź z nich, musicie nieuchronnie
słyszeć nasz głos, przewyższający wiele razy moc ich anten...
Słowa umilkły. Przez chwilę dał się słyszeć głos zagłuszonej stacji,
donoszącej w lakonicznej depeszy o wypowiedzeniu przez Japonię wojny Sowietom.
Po chwili ten sam głos znowu pokrył wszystko:
- Robotnicy! Żołnierze! Chłopi! Mówi do was rewolucyjny rząd Paryża.
Paryż, który uważaliście za wymarły - żyje. Słuchy, jakie dochodziły was
o szalejącej w nim epidemii - kłamią. Epidemia w Paryżu wygasła dwa lata
temu. Ocalał od niej jedynie, wtrącony do więzień w czasie majowych represyj,
wielotysięczny proletariat paryski. Na ruinach starego Paryża ocalały dzięki
izolacji w więzieniach proletariat wzniósł przez te lata nowy Paryż - wolnej
robotniczej komuny. Pragnąc zy... na cza... zaczę...
Poprzez splątaną pajęczynę słów przedarły się naraz figlarne akordy
fortepianu:
...Magdalenko, Magdalenko!
wzrusz się, skrusz się, wierz mej łzie!
Brnąc po ciemku pod sukienką,
Zabłądziłem bóg wie gdzie.
Skroś koronek twoich gąszcz
Bzykam, miotam się jak chrząszcz
I znaleźć drogi znanej już
Nie mogę ani rusz!
Ach, pomóż mi, o, Magdalenko...
ryczała tenorem zagłuszona stacja.
- ..wojna imperialistyczna, sprowokowana przez wasze burżuazyjne rządy
przeciw pierwszemu robotniczo-chłopskiemu państwu świata, Związkowi Socjalistycznych
Republik Radzieckich, skierowana ostrzem w pierś rewolucyjnego proletariatu
wszystkich krajów, zmusza nas po raz pierwszy do przerwania łańcucha sztucznej
izolacji i zwrócenia się... bezpo...
...Próżno wciąż do celu zmierzam,
Stukam, pukam, padam z nóg.
Otwórz, otwórz mi twój sezam,
Magdalenko, puk, puk, puk!...
wydzierał się uparty tenor.
- Mówi Paryż robotniczy. Robotnicy! Chłopi! Ludy ujarzmione! Wojna
z ZSRR, to wojna przeciwko wam, to wojna przeciw naszej komunie, której
będziecie bronić, jako międzynarodowego rewolucyjnego bastionu w morzu
kapitalistycznej Europy. Wszyscy do broni! Wszyscy na stronę rewolucyjnego
Paryża! O niez... pok... z Związ...
...Magdalenko, Magdalenko!...
- ...żyje ...twoja rewolucja robot... nierzy i chłopów! Precz z woj...
listyczną... żyje ..:na domowa! Niech żyje Paryż, stolica Francuskiej Socjalistycznej
Republiki Rad!
Czarne paszcze głośników zagrzmiały mosiężną fanfarą "Międzynarodówki".
Tłumy, zdawało się, ogarnął jakiś szał. Ludzie biegli, gniotąc i tratując
się nawzajem. Tysiące rozwartych podziwem ust podchwyciły cichnący refren
"Międzynarodówki".
I pod wzdętymi żaglami pieśni masy drgnęły, jak tytaniczne okręty,
trzeszcząc w spojeniach, zakołysały się na mieliznach jezdni i ciężko ruszyły.