Na Sacre-Coeur biły dzwony.
Z Saint-Pierre, z Saint-Clotilde, z Saint-Louis, z małych, rozrzuconych
kościółków dzielnicy Saint-Germain, odpowiadały im płaczliwym podźwiękiem
dzwony katolickiego Paryża.
Głuche, łzawe dzwony nad miastem ołowianymi pięściami tłukły się we
wklęsłą spiżową pierś i z wnętrza kościołów odpowiadał im łomot kurczowo
zaciśniętych rąk i gorzki, pobożny mamrot. Nabożeństwo z wystawieniem sakramentu
trwało bez przerwy, odprawiane przez woskowych księży słaniających się
ze zmęczenia.
W cerkwi dzielnicy Passy metropolita w złotych ryzach gęstym, dostałym
basem czytał ewangelię i dzwony dzwoniły wszystkie, jak w dzień wielkanocny.
Paryż trzasł na nowo wzdłuż szerokiego szwu Sekwany, sfastrygowanego
niegdyś naprędce białymi nićmi mostów.
Na moście Passy z dwóch końców na latarniach trzepocą dwa sztandary:
trójkolorowy sztandar imperium rosyjskiego i biały ze złotymi liliami sztandar
Burbonów - prowizoryczna granica dwóch monarchii.
Po pustym moście, do środkowego przęsła i z powrotem, donośnym, miarowym
krokiem przechadza się czterech chłopców z karabinami na ramieniu: dwóch
z jednego końca mostu, dwóch - z drugiego.
Na żołnierskich czapkach chłopców w zielonych "rubaszkach" połyskują
wyciągnięte skądś z naftaliny, wypucowane kredą carskie orzełki, spoglądające
z góry na skromne, poczerniałe lilie młodocianych królewskich kamelotów.
Wasia Krestownikow niecierpliwie przesuwa na ramieniu karabin. Karabin
ciężki, boli od niego ramię. Może by zdjąć? Nie, nie wypada. I Wasia sprężystym,
dźwięcznym krokiem przemierza most z wyrazem niewzruszonej powagi na rumianej,
pucołowatej twarzy.
Mimo wszystko postanawia zdjąć. Trzeba tylko dojść do środkowego przęsła,
tam można będzie postawić kolbę na ziemi i oprzeć się o lufę, bez ujmy
dla prestiżu. To wygląda poważnie i nawet bardziej monumentalnie. Nieraz
na obrazach widywał w tej pozie żołnierzy na warcie.
I Wasia, niezmącenie obojętny, opiera się malowniczo o lufę, wystawiając
naprzód od niechcenia prawą nogę w błyszczącym jak samowar lakierowanym
bucie.
Ilekroć jednak oczy jego spotykają się z oczyma granatowego szyldwacha
z naprzeciw, Wasia nie może wytrzymać i spod maski namaszczenia wymyka
mu się łobuzerski uśmiech. Jakie to zabawne: wczoraj jeszcze byli kolegami,
grali pod ławką w oczko i po lekcjach w tenisa, a dziś - gwardziści, stojący
na straży dwóch odrębnych, rozciągających się po obie strony mostu państw,
co prawda nie wrogich i do pewnego stopnia nawet sprzymierzonych, ale bądź
co bądź odrębnych.
Za przykładem Wasi wymuskany granatowy kamelocik również opuszcza
karabin i opiera się nonszalancko o lufę. Chciałoby się zapalić papierosa,
ale nie można - na warcie!
I dwaj szesnastoletni chłopcy wsparci na karabinach, tyłem do balustrady,
patrzą statecznie w przestrzeń: dwóch ołowianych żołnierzyków na tekturowym
moście na tle kunsztownej papierowej dekoracji, przypominającej do złudzenia
Paryż dorosłych.
- Co to u was był wczoraj za harmider i strzelanina? - rzuca mimochodem
granatowy kamelocik, nie gardzący krótką żołnierską pogawędką.
- E, nic, głupstwo - odpowiada po francusku Wasia, podkreślając intonacją,
że nawet mówić o tym nie warto.
- Przetrzebiliśmy troszkę Żydów. Chleb żrą i jeszcze zarazę roznoszą.
Wasia ogląda się, czy nikt nie widzi, i sięgnąwszy ręką do kieszeni
wyciąga stamtąd masywną złotą papierośnicę: jak tu nie pochwalić się przed
kolegą?
- Widzisz, jaki mebel odebrałem jednemu? Na pewno w Rosji buchnął,
czekista. Dwadzieścia papierosów się mieści.
I przeczuwając wzgardliwą fałdkę w kącikach warg kolegi, pospiesznie
dodaje:
- Nie masz pojęcia, co to za szubrawcy. Wczoraj mama na jednej Żydówce
poznała swoją własną kolię. W Moskwie z sejfu ukradli. To się u nich nazywa:
"skonfiskowali". Mamie "skonfiskowali" w ten sposób całą biżuterię. Została
jej jedna obrączka.
Kamelocik patrzy z leciutką pogardą. Wie: zabierać kosztowności nawet
Żydom nie wolno - to kradzież. Wie jeszcze i co innego: ci Rosjanie to
dzicz. I wargi kamelota d'Escarville'a krzywią się w złośliwym, lekceważącym
uśmiechu.
U wylotu mostu od strony francuskiej ukazuje się w tej chwili grupka
żołnierzy prowadzących w pośrodku jakiegoś człowieka w szarym ubraniu.
Kamelota d'Escarville z karabinem na ramieniu oddala się miarowym krokiem,
bez pośpiechu, w tę stronę. Wasia patrzy zaciekawiony. Grupka kamelotów
w towarzystwie d'Escarville'a zbliża się ku środkowemu przęsłu.
Wasia rozróżnia już teraz wyraźnie chudego młodzieńca w popielatym
marynarkowym ubraniu i z wybitnie semickim nosem. Kamelota d'Escarville
objaśnia: uciekł w nocy z waszego terytorium na naszą stronę. Patrol złapał
go na mieście i odstawia z powrotem.
Wasia aż oczy przymrużył z zachwytu: Żyd! Uciekł zmyliwszy straże!
- Dajcie, ja go odprowadzę do rotmistrza.
Kameloci salutują i odchodzą. Wasia porucza koledze, by pozostał na
warcie. On odprowadzi zbiega.
Chudy, wysoki Żydek, może o rok starszy od Wasi, milczy, tylko zgarbił
się jakoś, głowę wciągnął w ramiona jak nastroszony ptak; niespokojny wzrok
biega za Wasią jak jamnik.
Wasia zdejmuje z ramienia karabin, odwodzi bezpiecznik:
- Marsz naprzód! Nie próbuj uciekać, bo kula w łeb!
Żyd nie próbuje uciekać. Posłusznie idzie przodem. Tylko głowę wcisnął
jeszcze głębiej w ramiona i dwoje przydługich rąk, jak poprzetrącane skrzydła,
nieporadnie dynda mu po bokach.
Zaś Wasia marzy: przyprowadzi sam, osobiście więźnia przed rotmistrza
Sołomina. Rotmistrz spojrzy, trzepnie szpicrutą o cholewę, powie: doobrze.
Wasia aż wypina pierś z dumy i zadowolenia. Za rotmistrzem Sołominem -
w ogień. Cała młodzież go ubóstwia. Dzielny oficer. Jeszcze w armii Wrangla
bił bolszewików. Ci, co go znali, opowiadają: odważny jak diabeł. A jak
strzelał! Jaskółkę w locie zabije. Wasia widział wczoraj na własne oczy:
siedział na stoliku na werandzie kawiarni przy rue de la Pompe i zmykających
Żydów puszczał na pięćset kroków, kładąc ich z nagana jak kaczki ani razu
nie spudłował! Będzie zabawa! Jeszcze na prawo, za róg.
Wasia widzi już z daleka. Na werandzie bistro, naprzeciw głównej
kwatery, siedzi rotmistrz Sołomin w towarzystwie jeszcze czterech oficerów.
Piją od wczoraj wieczór.
Wasia sprężystym krokiem przecina plac i zatrzymuje się przed werandą:
- Wasze blagorodje, melduję posłusznie, sprowadzam zbiega. Zwiał wczoraj
w nocy zmyliwszy straże na tamtą stronę Sekwany. Schwytano go na mieście
i odstawiano do naszych przednich posterunków.
- Dooobrze! - mówi rotmistrz Sołomin, podnosząc oczy, pod których spojrzeniem
Wasia pręży się jak struna.
- Dać go tu bliżej!
Oficerowie czują: będzie heca. Z rotmistrza kawalarz, umie się zabawić.
Z ciekawością przysuwają się bliżej.
Chudy, piegowaty Żydek drży jak liść. - Bliżej - powtarza obojętnie
rotmistrz Sołomin. - Odpowiadać krótko i węzłowato. Jakiego wyznania?
Żyd milczy. Po cóż mówić? I tak wszystko przepadło.
- Wyznania mojżeszowego?
Oficerowie, przeczuwając efektowne widowisko, parskają śmiechem.
- Cóż to, niemowa, czy co? Czy też nie rozumie delikatnie? Pytam, się:
Żyd?
- Nie... - pobladłymi wargami bełkoce chłopak.
Odpowiada mu wybuch śmiechu rozbawionych oficerów.
- Czekajcie, panowie, cóż w tym śmiesznego? mówi rozciągając słowa
rotmistrz Sołomin. - Nos niczego jeszcze nie dowodzi. Czasami mama się
zapatrzy. Skoro mówi, że nie, to nie.
Oficerowie zrywają boki, zakochanymi oczyma spogladając na rotmistrza.
- Przeżegnaj się - cedzi rotmistrz.
Chłopak kurczowo skręconymi palcami próbuje nakreślić znak krzyża.
Drżąca ręka nie trafia na ramię, myli się, kreśli w powietrzu jakiś dziwny
zakrętas.
Wtóruje jej głośny ryk śmiechu podochoconych oficerów.
- Niezupełnie tak - mówi z niezmąconym spokojem rotmistrz Sołomin.
- To się zdarza. Brak wprawy... Jeszcze raz, powoli a dokładnie.
Chłopak zakreśla ręką mniej więcej prawidłowy zygzak.
- Tak, teraz już było znacznie lepiej. No, czy nie mówiłem wam? Nos
jeszcze niczego nie dowodzi. Od razu widać, że prawosławny. Żebyście nie
mieli więcej wątpliwości, spuśćcie mu tam, chłopcy, spodnie!
Chłopak gestem zawstydzonej gracji zaciska ręce dokoła wstydliwego
miejsca. Wasia i dwóch innych szeregowców rzucają się na niego i rozpinają
mu przemocą spodnie. Chłopak szamoce się bezsilnie. Zdarte siłą spodnie
bezkształtnymi obarzankami ześlizgują się na ziemię pod ryk ogólnego śmiechu.
- Ach, tak? - wykrzykuje z udanym oburzeniem Sołomin. - To ja tu, można
powiedzieć, piersią własną cię zasłaniam, na słowo ci wierzę, a ty, bratku,
kłamiesz? Krzyż święty niechrzczoną ręką plugawisz? Wiary własnej się wypierasz?
Tego się po tobie nie spodziewałem.
Chłopak podnosi i zapina niepotrzebne, nieposłuszne spodnie. Długo
nie może natrafić na właściwy guzik.
- Przeszukać mu tam kieszenie, chłopcy! - mówi rotmistrz Sołomin.
Trzy pary chciwych rąk wciskają się w zanadrze, przetrząsają kieszenie,
odrywają podszewkę eleganckiego ubranka i, wyciagnąwszy z triumfem jakiś
zeszycik - sowiecki paszport - podają go rotmistrzowi.
- Taaaak... - przeciaga rotmistrz. - Tak trzeba było mówić od razu.
Poprosić: przepustkę do Belleville. Czemu nie? Któż to widział uciekać
tak po nocy, w dodatku paszport zaszywać pod podszewkę. A, brzydko! No,
żeby mi to było ostatni raz!
Rotmistrz Sołomin zwraca paszport.
- Włożyć mu z powrotem do kieszeni! A teraz wiej!
Chłopak nie rozumie, patrzy wybałuszonymi tępo oczyma na rotmistrza.
- Zmykaj! Żebym cię tu więcej nie widział!
Żyd robi niezdecydowany krok naprzód, jakby chciał paść Sołominowi
do nóg, zatrzymuje się, patrzy na uśmiechnięte twarze oficerów, odwraca
się i zaczyna biec przed siebie wzdłuż muru, z początku wolno, potem coraz
prędzej. Już jest prawie na rogu.
- Czekaj! - woła za nim rotmistrz Sołomin.
Chłopak zatrzymuje się i odwraca wylękły, niezdecydowany.
- Czekaj, zapomniałem postawić ci na twoim paszporcie pieczątkę - mówi
Sołomin -posyłając w ślad za nim kulę z nagana.
Żyd pada na wznak z rozcapierzonymi niezgrabnie rękoma.
Wasia zna się na rzeczy, chwyta w lot. Karabin przewiesił przez ramię,
biegnie na róg, gdzie leży chłopak, pochyla się nad nim, wyciąga mu z zanadrza
jakiś przedmiot i wymachując nim w powietrzu, powraca biegiem do oficerów.
- W sam środek! - woła z daleka, potrząsając małą czerwoną książeczką.
Wystrzępiony sowiecki paszport przedziurawiony jest w środku na wylot
i dokoła otworu od kuli czerwoną obwódką pieczątki zakrzepła krew.
Oficerowie ze szmerem uznania podają sobie z rąk do rąk małą czerwoną
książeczkę.
- No, czas spać - mówi, odsuwając krzesło i bębniąc szpicrutą po cholewie,
rotmistrz Sołomin. Radzę panom zrobić to samo. Za dwie godziny muszę być
w Pałacu Burbońskim. Wyspać się przecież też kiedyś trzeba. Do widzenia
- do wieczora.
W wygodnym parterowym pałacyku, którego drzwi otworzył mu ordynans,
panował gęsty chłód i półmrok zapuszczonych rolet. Sołomin wyciągnął się
na miękkim szezlongu i kazał zdjąć sobie buty. Krzątający się na palcach
ordynans przyniósł poduszkę i ulotnił się z pokoju, zamykając za sobą bez
szmeru drzwi.
Sołomin pogrążył się w miękką błogość puszystej jak dywan ciszy. Nie
tak dawno zaczął korzystać z dobroczynnej atmosfery komfortu i, zanurzając
się w nią każdorazowo, tajał jak pastylka sacharyny w mocnej, przedwojennej
rosyjskiej herbacie.
Z wysokości tonącego w dywanach szezlongu, pod mlecznym księżycem
kryształowej ampli, długie lata poniewierki wydawały mu się jakimś podłym
niemieckim filmem, widzianym w trzeciorzędnym, nadymionym kinie. Historia
tych filmów bywa prosta, banalna, w banalności swej gryząca jak machorka.
Filmy takie, wyświetlane dziesiątkami w podmiejskich iluzjonach, wyciskają
łzy z oczu sentymentalnych szwaczek.
Syn oficera sztabowego. Po mamie - majątek pod Moskwą. Dzieciństwo
(zazwyczaj pokazuje się to w prologu): kosztowne zabawki, guwernerzy i
guwernantki. Chłopięctwo: gimnazjum, książki i marki. Latem na wsi - na
kaczki. Pierwsze uciechy miłosne. Przeważnie dziewki folwarczne pod kierownictwem
doświadczonego ekonoma. I wszystko inne, jak się należy.
Uniwersytet. "Moskwa w nocy". Wypełnianie luk w edukacji erotycznej.
I naraz, w najbardziej pikantnym, rzec by można, momencie - mobilizacja.
Podchorążówka. Front. Ranny. Szpital na tyłach. Siostrzyczki. Otchłanie
szałów miłosnych pod skromnym habitem samarytanki. Znowu front. Druga linia.
Nuda splądrowanych miasteczek. Spirytus i karty. W chwilach głodu ekstazy
- Żydóweczki. Głuche wieści z tyłów. Rewolucja. Komitety i "towarzysze".
Urlop. Moskwa. Czar munduru i wynikające stąd rozkosze. I znowu wstrząs
- Październik.
Tułaczka po mieszkaniach. Kryjówki. Szary żołnierski płaszcz i ręce
usmolone sadzą: byle bez manicuru i koniecznie z odciskami. Papę rozstrzelano.
W majątku - Sowiet. Ziemię podzielili do cna. We dworze, tam, gdzie wspomnienia
szczęsnego dzieciństwa - szkoła, umorusane wiejskie bachory.
Ucieczka. Podrobione papiery. Krym. Wrangel. Ofensywa. Odwet za "pohańbioną
Rosję". Odzyskane miasteczka. Kontrwywiad. Porachunki z bolszewikami. Rozstrzelania.
Komuniści i komsomolcy. W wolnych od zajęć chwilach - Żydzi. Żydóweczki:
lufa do skroni i jazda w kolejkę! Lepka, cuchnąca krew.
Ewakuacja, pospieszna, upokarzająca jak ucieczka. Miasta i ludzie.
Konstantynopol. Sofia. Praga. Likwidacja zasiłków. Głód. W Paryżu angażują
podobno białych oficerów do armii Czan-Tso-lina. Paryż. Blaga, nic podobnego!
Bez środków do życia. Tournee po emigranckich komitetach. Zasiłki skasowano.
Dźwigał walizki na Dworcu Północnym. Pracował w fabrykach Renault jako
zamiatacz. Redukcja. Znów na bruku. Noclegi pod mostem. Jednorazowy zasiłek.
Egzamin szoferski. I jako uwieńczenie długoletniej wlóczęgi - nieśmiertelne,
kanoniczne taxi.
Z szoferki wyżyć już było mozna. Daleko gorsze upokorzenia. Paryż
roił się od znajomych, papy i własnych. Nie wszyscy przyjechali z niczym.
Niektórzy, owszem, potrafili przeszwarcować coś niecoś, z grubsza. W Paryżu
z pieniędzmi nie ma kłopotu. Pozakładali przedsiębiorstwa, robią interesy.
Wielu ma już własne maszyny. Inni dzień i noc rozbijają się taksówkami.
Przykre, kłopotliwe spotkania. Wożąc znajomych i wyciągając rękę po napiwek,
odwracał twarz w inną stronę. W notesie - adresy wszystkich domów publicznych
i domów schadzek.
Nie tylko znajomi - często i znajome. Wieczorami, pod "Florydą", pijane,
w towarzystwie podskubanych Francuzików - taksówka do hotelu. Inne nie
zdążą nawet dojechać do hotelu - wprost w taxi. Siedzenie miękkie
- wszystkie wygody. W polerowanym lusterku przy kierownicy - co wieczora
całe "Chabanais": wszystkie figury. Taxi jak lupanar na kilometr
zalatuje spermą... W Moskwie były gimnazistkami: warkoczyk, nieprzyzwoitego
słowa w towarzystwie nie zniesie, papa - tajny radca, narzeczony i wszystko
jak się należy. Tu - ledwie wsiądzie do taksówki, już nogi rozkracza: paryżanka!
Cała Etoile - jeden wielki burdel: pokaż sto franków - zaliżą na śmierć.
Nie potępiał. Cóż, może naprawdę żyć nie mają z czego? Każdy zarabia, jak
może... Aż do jednego, najbardziej upokarzającego spotkania.
Miał w Moskwie narzeczoną. Córka generała Achmatowa, Tania. Oczy -
lazur. Uduchowiona. Cała -Balmont i Siewierianin. Na fortepianie gra jak
artystka. Zaręczyli się przed rewolucją. Kiedy odjeżdżał na front, pocałowała
go w usta i dwie ciepłe łezki spłynęły mu po policzkach, zostały na zawsze
w małej fiolce serca.
Z Rosji uciekli jedni z pierwszych. Przebąkiwano o nich, że są w Paryżu.
Przewidujący generał pieniądze umieścił w zagranicznym banku. W Paryżu,
grając na giełdzie, majątek podobno podwoił.
Przyjechawszy do Paryża latem Sołomin odszukał ich adres. Powiedziano
mu: państwo - w Nizzy, kiedy wrócą - nie wiemy.
I oto pewnego razu odwożąc klientkę pod znajomy dom schadzek ujrzał:
wychodzi z bramy - ona. Nie wierzył własnym oczom. Wsiadła do taksówki,
niedbale rzuciła adres.
Jadąc, układał w myśli plan. Nie powie nic, tylko przy płaceniu zdejmie
czapkę, żeby go poznała. Przed domem jej jednak nie wytrzymał. Osadziwszy
maszynę, odwrócił się do wnętrza i zdejmując czapkę, powiedział dobitnie:
- Dużo też pani dorabia w ten sposób, Tatiano Nikołajewno?
Przelękła się, potem - w płacz. Wodotrysk słów. Papa skąpy, wylicza
każdy grosz. Trudno chodzić w pocerowanych pończochach. Tyle przeżyli...
- Gdzież to, jeżeli wolno wiedzieć? W Nizzy?
Zmarszczyła brwi. Trzasnęła drzwiczkami. Nie jest obowiązana zdawać
sprawy ze swoich uczynków byle szoferowi. (Tak dosłownie powiedziała: "Byle
szoferowi" - Sołomin dobrze zapamiętał). Wetknęła mu w garść dziesięć franków
i zniknęła w bramie.
Chciał wbiec za nią, cisnąć jej w twarz jej dziesięć franków, zwymyślać
od ostatnich. Zobaczył na progu lokaja w białym wykrochmalonym plastronie.
Zrobiło mu się nagle wstyd własnego szoferskiego uniformu, wstyd śmiesznej
sytuacji. Odjechał. Pieniądze postanowił odesłać pocztą.
Tegoż wieczora zresztą przepił je w rosyjskiej szoferskiej knajpie
pod zakatarzoną "Wołgę" gramofonu, pragnąc poznać do dna gorycz upokorzenia,
upodlenia ("wdeptali w bloto").
Ale policzka nie zapomniał. Spośród tysiąca i jednej zniewag zapamiętał
sobie na zawsze tę jedyną, zawiesił ją na szyi jak mały, zatłuszczony szkaplerzyk,
od czasu do czasu wyciągając go stamtąd, żeby się rozjątrzyć, żeby nie
zapomnieć. I w myśli długimi wieczorami układał skomplikowane, fantastyczne
plany odwetu.
Wieczorem za całodzienny zarobek brał z Avenue Wagram trzeciorzędną
dziewczynkę, bezwarunkowo Rosjankę, i odrobiwszy co trzeba, cisnąwszy jej
dwadzieścia franków, bił ją po twarzy, wyzywając ostatnimi słowami. Wkrótce
żadna dziewczynka z Wagram nie chciała iść z nim za żadne pieniądze.
Mijały miesiące, potem lata. Powrót do Rosji z bronią w ręku na czele
roty jakiejś wyimaginowanej białej armii, o którym marzył wieczorami, hołubiąc
w sobie to marzenie jako odtrutkę przeciw dziennym upokorzeniom, stawał
się coraz bardziej problematyczny. W gruncie rzeczy przestał w niego wierzyć.
Zapewniały o tym jeszcze z uporem jedynie gazety emigracyjne. Rozumiał:
redaktorzy też muszą z czegoś żyć. Przestał czytywać gazety.
Tamci bolszewicy rozsiedli się, rozgospodarowali na dobre, na stałe;
otrąbili z hałasem swoją dziesiątą rocznicę, szykowali się do setnej. Nikt
nie myślał występować przeciw nim z bronią w reku. Powrót, prawdopodobny
jeszcze po dwóch, trzech, czterech latach, po upływie dziesięciu lat tracił
już wszelkie pozory prawdopodobieństwa.
Niektórzy zresztą wracali, wyżebrawszy sobie w konsulacie sowiecki
paszport. Wracali nawet oficerowie. Dowiedziawszy się o każdym nowym renegacie
Sołomin zaciskał tylko zęby i spluwał z pogardą. O powrocie do Rosji w
ten sposób nie myślał. Komunistów nienawidził każdym centymetrem swej zgrubiałej
skóry. Złamali mu życie. Zamordowali papę. Skonfiskowali majątek. Zmarnowali
młodość, miłość - wszystko. Doprowadzili do prostytucji narzeczoną (od
biedy można było zapisać na ich rachunek i policzek w taksówce). Kazali
miesiącami zdychać z głodu, obwozić po Lasku Bulońskim wysztafirowane lafiryndy,
wypatrywać napiwki. Być prostym dorożkarzem, jemu, rotmistrzowi Sołominowi,
synowi pułkownika Sołomina! I to kto? - Kupa parszywych Żydków i ciemne
pospólstwo. Nie, tego zapomnieć niesposób! Wracać? Słuzyć za parobka u
ordynansa Leontija? Nie, stokroć już lepiej wozić tu całe życie wystrychnięte
dziwki, odstawiać do burdelików zażywnych francuskich ojczulków. Nie spodlić
się. I oficerski honor go pokrzepiał.
Życie stawało się coraz bardziej bezsensowne. Dobrze, można być dorożkarzem
czasowo: rok, dwa, dziesięć. Wiedzieć, że do czasu. Ale pomyśleć: zostanę
dorożkarzem na zawsze, przez całe życie, to jest moje życie i innego nie
będzie - to nie mogło się jakoś pomieścić w głowie rotmistrza Sołomina.
Czuł wyraźnie, że musi przyjść coś - wybuch, kataklizm, katastrofa - przetasować
karty. Tak dalej - nie podobna.
I co rana, obudzony dzwonkiem budzika, wciągając zasmarowane oliwą
szoferskie ubranie, rotmistrz Sołomin konstatowal z goryczą: jeszcze nie.
Z wybuchu dżumy ucieszył się jak z dawno oczekiwanego kataklizmu,
który od razu przetasował karty. Taksówkę zarekwirowano na trzeci dzień
do przewożenia chorych. Żyć zaczęło być jakoś przestronniej. Paryż jak
roztwór, do którego ktoś wlał silny odczynnik, rozkładał się w oczach na
odrębne składniki.
Wypierana z kolejno powstających państewek bezpańska emigracja rosyjska
idąc za przykładem innych narodowości okopała się w Passy ogłosiwszy tę
dzielnicę białą koncesją rosyjską. Uformowany naprędce rząd nowej koncesji
dla obrony jej granic powołał do życia białą gwardię.
W trzy dni później rotmistrz Sołomin w wysokich, lśniących butach,
w epoletach i z rozetką na czapce wprowadzał się do zarekwirowanego pałacyku
w towarzystwie świeżo zafasowanego ordynansa i wydawał przez telefon lakoniczne
rozporządzenia, dotyczące oczyszczenia terytorium Passy z elementów nierosyjskich.
Zresztą błogostan ten zbyt był pełny, aby mógł być długotrwałym. Napomykała
o tym niedwuznacznie dżuma, wymachująca figlarnie z przejeżdzających pod
oknami aut chorągiewką Czerwonego Krzyża. Rotmistrz Sołomin zrozumiał:
trzeba żyć, póki się da, i poregulować z życiem, nie odkładając na później
wszystkie zaległe rachunki.
Niestety ci, z którymi pozostały do wyrównania porachunki najcięższe,
znajdowali się o setki mil za kordonem, niedosięgalni i nieuchwytni. Trzeba
było zadowolić się namiastką. I rotmistrz Sołomin przypomniał sobie od
razu: jest przecież poselstwo sowieckie na ulicy Grenelle i caly sztab
"przedstawicieli", wprawdzie nie tak wielu, ale za to autentycznych, najautentyczniejszych,
"odpowiedzialnych". Byle kogo do Paryża szubrawcy nie wysyłają.
Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności ulica Grenelle wraz z całym inwentarzem
weszła w skład improwizowanej monarchii burbońskiej; jak dochodzily słuchy,
cały personel misji sowieckiej przebywał w tej chwili w spokoju i komforcie
w jednym z gmachów przedmieścia Saint-Germain, zamienionym naprędce na
więzienie, i pod strażą gwardii francuskiej drwił sobie wyraźnie z bliskiego
sąsiedztwa ukonstytuowanej na terenie Passy władzy prawowitej.
Rotmistrz Sołomin pierwszy wystąpił z wnioskiem bezwzględnego zażądania
od władz francuskich wydania w ręce białej gwardii więźniów sowieckich,
jako podległych sądowi rosyjskiemu, jedynie kompetentnemu do stanowienia
o ich losie.
Wniosek rotmistrza Sołomina spotkał się z gorącym poklaskiem komendy
głównej i jednogłośnym poparciem armii. Wyłoniono natychmiast specjalną
komisję, w skład której wszedł między innymi i projektodawca. Komisji tej
poruczono nawiązać niezwłocznie pertraktacje z rządem monarchii Saint-Germain.
Francuzi stawiali przeszkody. W zasadzie niby nie mieli nic przeciwko
wydaniu bolszewików, uzależniali je jednak od wypłacenia przez rząd rosyjski
wysokich odszkodowań obywatelom francuskim zamieszkałym w Passy, którzy
z racji swego semickiego wyglądu ucierpieli w czasie ostatniego pogromu.
Sprawa przewlekała się.
Mimo wszystko - wreszcie zdawała się dobiegać końca. Na wczorajszym
posiedzeniu rząd rosyjski dał się na koniec skłonić i przychylił się do
warunków, stawianych przez nieustępliwych Francuzów. Definitywne podpisanie
umowy nastąpić miało dzisiaj o godzinie dziesiątej rano, na terytorium
francuskim, w gmachu byłej Izby Deputowanych przemianowanej z powrotem
na Pałac Burboński.
Punktualnie o dziesiatej z rana miękki sześcioosobowy Fiat po okazaniu
odpowiednich przepustek przejechał most Iena kierując się w stronę Pałacu
Burbońskiego.
Dyżurny urzędnik chłodnymi, dobrze już znajomymi kuluarami poprowadził
delegację rosyjską do małej sali posiedzeń, gdzie czekało na nią nad stołem,
zawalonym skoroszytami, czterech szpakowatych, czarno ubranych panów. Przystąpiono
od razu do omówienia poszczególnych punktów. Francuzi wysuwali dodatkowe
klauzule, nie zgadzali się na projekt wypłat progresywnych, żądali natychmiastowego,
gotówkowego załatwienia sprawy. Posiedzenie ciągnęło się w nieskończoność.
Rotmistrz Sołomin, nie biorący czynnego udziału w obradach i zachowujący
dostojne milczenie, ziewał dyskretnie w dłoń i znudzonym wzrokiem błądził
po suficie.
W chwili, gdy układy zdawały się już pomyślnie zmierzać ku końcowi,
siwy pan, o wąskim, wydłużonym nosie, wyjął z kieszonki zegarek i ogłosił
przerwę śniadaniową.
Przewodniczący delegacji rosyjskiej, zdenerwowany tą nową zwłoką,
próbował zaoponować, przekładając, że do chwili sfinalizowania układów
pozostało jeszcze najwyżej pół godziny, że odkładać sprawy dłużej nie należałoby
i że po załatwieniu jej wszyscy zdążą swobodnie udać się na śniadanie.
Panowie o burbońskich nosach zdawali się nie słyszeć jego słów i jak na
komendę wstali od stołu, przy czym siwy pan niewzruszonym głosem oświadczył,
że dalszy ciąg obrad rozpocznie się o godzinie drugiej. Delegacji rosyjskiej
nie pozostało nic innego, jak zagryzłszy wargi odsunąć krzesła i udać się
na przechadzkę, w oczekiwaniu ponownego rozpoczęcia układów.
W poszukiwaniu pisuaru rotmistrz Sołomin zabłądził wśród nieskończonych
kuluarów i długo wałęsał się, na próżno szukając zgubionej sali. Kiedy
wreszcie natrafił na schody i znalazł się na ulicy, kolegów przed pałacem
już nie bylo; najwidoczniej nie mogąc się go doczekać udali się bez niego
na miasto.
Rotmistrz Sołomin powolnym, spacerowym krokiem zapuścił się w ciche,
szkliste od asfaltu ulice. Znał te dzielnice dobrze. Odwoził tu, nie tak
jeszcze dawno temu, po teatrze, starszych, bogatych panów z nieodłączną
rozetką legii honorowej w butonierce. Najgorsi pasażerowie! Zawsze kombinują:
wsypie ci taki w rękę pełną garść drobniaków, rachuj do jutra, nie dorachujesz
się - pięć sous napiwku.
Rotmistrz Sołomin ze swego przymusowego zawodu wyniósł nieprzezwyciężoną
pogardę dla Francuzów, jako uosobienia wszystkich cech diametralnie przeciwnych
"szerokiej naturze rosyjskiej".
Mocą wieloletniego nawyku, obecny rotmistrz, zmieniwszy uniform szoferski
na kawaleryjskie rajtuzy, nie przestał wartościować ludzi stosownie do
wielkości dawanych przez nich napiwków. Nie był to bynajmniej z jego strony
objaw solidarności w stosunku do klasy pariasów, której szeregi opuścił
niedawno, lecz jedna z tych wyżłobionych w umyśle fałd przyzwyczajenia,
po których myśli spływają automatycznie jak łzy po bruzdach pooranej zmarszczkami
twarzy.
Po raz pierwszy szedł chodnikami tej dzielnicy, jak wolny, równouprawniony
przechodzień, spoglądając z wysokości swych złotych epoletów na mijających
go ludzi. Można by powiedzieć, że wraz z mundurem oficerskim włożył na
oczy inne okulary i oglądane przez nie po raz pierwszy miasto, którego
nie znosił pochylony nad kierownicą, z trotuaru wydało mu się naraz przez
te szkła przyjaznym, pociągającym i nie pozbawionym swoistego uroku.
Zatrzymał się w kontemplacji przed oszkloną witryną wielkiego zakładu
restauracyjnego, uciekającego w głąb tunelem luster, cienistą oranżeria,
egzotyczną i dziwaczną, gdzie nad bielą rozrzuconych jak płaty śniegu obrusów
kołyszą się wysmukłe wachlarze palm.
Dawniej szybko wymijał te lokale, czasem tylko, ilekroć wypadało mu
wysadzać przed ich oszklonym tunelem wyfraczonych gości, rzucał do wewnątrz
ukradkiem złe, zazdrosne spojrzenie. Był to ten inny, zamknięty, na zawsze
niedostępny świat, miasto w mieście, odgrodzone od reszty tylko grubą taflą
szkła, widzialne a nieprzeniknione. Dostać się tam można było jedynie przywdziawszy
uprzednio frak, podobnie, jak po to, aby przeniknąć w głębie morskie, włożyć
trzeba ubranie nurka.
Znieruchomiałego przed witryną rotmistrza Sołomina nagle olśniła kapitalna
myśl. W rzeczy samej, kto w danej chwili może mu zabronić wejść do środka,
jeżeli mu się zechce, kto przeszkodzi mu usiąść w cieniu egzotycznej palmy,
pośród tych czarnych dżentelmenów w polerowanych garniturach, wyrastających
niby tresowane foki nad lodowatymi blokami obrusów, i niedbale zamówiwszy
cokolwiek zmusić do zakrzątnięcia się wokoło swej osoby wyfraczonego fagasa
z przyrosłym do twarzy, przypochlebnym uśmiechem?
Olśnienie było tak nagle, że rotmistrz Sołomin z niemałym trudem zdołał
odegrać przed samym sobą małą wewnętrzną komedię obojętności.
Jak gdyby obserwowało go w tej chwili całe miasto (ulica była zupełnie
pusta), rotmistrz Sołomin wyjął od niechcenia gruby złoty zegarek; jakby
zauważył dopiero teraz, że właśnie jest pora posiłku, nieokreślonym, lecz
wymownym gestem dał komuś do zrozumienia, że skoro już w pobliżu znalazła
się i restauracja, nie szkodziłoby zjeść w niej śniadanie, i z obojętną,
znudzoną miną światowca pchnął masywne lustrzane drzwi.
Owiał go przyjemny chłodek nakrochmalonych obrusów, powietrze obryzgane
rozpylaczem fontanny, mdławy międzynarodowy zapach komfortu. Nad małymi
ołtarzykami stolików pochyleni w nabożnym skupieniu ludzie przyjmowali
hostie cielęcych i baranich kotletów pod modlitewny podźwięk talerzy namaszczonych
ministrantów-piccolo.
Z roztargnioną miną starego bywalca, który nie lubi siadać zbytnio
na widoku i woli własne dyskretne kąciki, rotmistrz Sołomin wyszukał sobie
w rogu za kolumną zaciszny stolik, skąd jak z loży roztaczał się widok
na całą salę, i rozsiadłszy się wygodnie jął studiować kartę dań.
Zjawienie się gościa w egzotycznym uniformie nie przeszło niepostrzeżenie
i rotmistrz Sołomin czując się punktem przecięcia wielu spojrzeń z zabójczą
nonszalancją i flegmą, po której łatwo odróżnić nowicjuszów od prawdziwych
bywalców, przywołał skinieniem kelnera i zaczął zamawiać długie, skomplikowane
śniadanie, drobiazgowo, z miną znawcy wypytując się o gatunki win. Wybrawszy
szereg potraw o nazwach najbardziej wyszukanych i uroczystych, w leniwej,
malowniczej pozie osunął się na oparcie kanapki, apatycznym wzrokiem błądząc
po sali.
Sala o tej porze była prawie pusta i rozrzuceni tu i ówdzie, przy
kilku zaledwie stolikach, panowie od dawna przestali już zajmować się egzotycznym
gościem, pochłonięci całkowicie jedzeniem i rozmową.
Przy sąsiednim stoliku zasłonięci kolumną trzej wygoleni panowie popijający
czarną kawę prowadzili półgłosem ożywioną rozmowę. Oddzielony od nich jedynie
filarem rotmistrz Sołomin, mimowolny świadek ich rozmowy, mógł ich niepostrzeżenie
obserwować.
Dominował pan w binoklach:
-Nie możecie, panowie, nie przyznać - mówił tonem pełnym smutku i
goryczy - że wypadki, które przeżywamy, na każdego szczerego demokratę
muszą działać przygnębiająco. W gwałtownym i niespodziewanym bilansie sił,
jaki dokonał się w naszych oczach, demokracja francuska okazała się quantite
negligeable. Jesteśmy świadkami faktu do niedawna tak nieprawdopodobnego
i niedorzecznego, jak restauracja monarchii i, co gorsza, przyznać musimy,
że odbyła się ona bez jednego wystrzału, bez widomego sprzeciwu ze strony
szerokich warstw naszej burżuazji. Zgodzicie się, panowie, że jest to zjawisko
wysoce upokarzające.
- Nie podzielam pańskiego pesymizmu - odparł stateczny jegomość, którego
wieku nie pozwalała okreslać idealna łysina. - Czasy powszechnego zdenerwowania,
jakie przeżywamy, skłaniają nas do przesadzania i uogólniania wypadków
zgoła sporadycznych i wyjątkowych. Zapominamy, że poza obrębem Paryża,
przechodzącego okres zakaźnej gorączki ze wszystkimi jej przywidzeniami
i dziwactwami, istnieje jeszcze cała właściwa Francja, szczerze demokratyczna
i burżuazyjna. Wystarczy, by wygasła w Paryżu epidemia, a wraz z nią znikną
jak gorączkowe majaki zarówno monarchie burbońskie, jak i radzieckie republiki.
Pierwszy oddział rządowych wojsk republikańskich, który wkroczy do Paryża,
przywróci w nim dawny porządek w całej jego rozciągłości.
- Wybaczy pan - zaoponował w podnieceniu pan w binoklach - drogą pańskich
wywodów zapuścilibyśmy się jednak w chaszcze najczystszej metafizyki. Sądząc
z dotychczasowych danych statystycznych, byłoby niedorzecznością przypuszczać,
że ktokolwiek z obecnych mieszkańców Paryża doczeka się opisywanej przez
pana chwili. Wszystko zdaje się raczej wskazywać na to, że rzeczywistość,
w jakiej żyjemy, jest i pozostanie naszą jedyną daną nam rzeczywistością.
Dla nas, paryżan, obywateli zadżumionego miasta, granice Francji skurczyły
się do obrębu rogatek Paryża. Mówić o istnieniu jakiejś Francji, jakiejś
Europy czy jakiegoś świata poza granicami tego miasta, które opuścić może
pozwolić nam jedynie śmierć, równa się dla nas w danej chwili mówieniu
o realności życia pozagrobowego.
Powie pan, że Francja i Europa istnieją rzeczywiście, pomimo iż nie
możemy sprawdzić tego w obecnej chwili naszymi pięcioma zmysłami, że widzieliśmy
je wszak jeszcze niedawno na własne oczy, że otrzymujemy stamtąd radiodepesze?
Ale czyż mistycy nie mówią nam o źródłach prabytu, które poznajemy drogą
prostego przypomnienia, a spirytyści czyż nie otrzymują ze świata duchów
depesz niemniej dowodnych? A jednak, zgodzi się pan ze mną, że świat pozagrobowy
nie przestaje być przez to kwestią wiary, że socjologa, który chciałby
opierać na fakcie jego ewentualnego istnienia swe koncepcje socjologiczne,
nazwalibyśmy w najlepszym razie mistykiem, męża stanu zaś, który budowałby
politykę swego narodu na nadziejach pomocy z tamtego świata, umieścilibyśmy
po prostu w domu wariatów. Czymże jednak innym, jak nie oczekiwaniem takiej
odsieczy z tamtego świata, są pańskie wojska republikańskie, które mają
przyjść i przywrócić w Paryżu dawny ład?
Powtarzam, dla nas świat, Europa, Francja, jak kawałek lichej, zmoczonej
materii, skurczyły się do rogatek, względnie do przedmieść Paryża. Zagadnienia
naszego życia społecznego i politycznego pozostały te same, zmieniła się
tylko ich pomiarka; rozwiązywać musimy je odtąd w innej zmniejszonej skali.
Posługując się zaś nią, nie możemy nie stwierdzić, że jesteśmy świadkami
formalnego rozbioru Francji i że w obliczu tego rozbioru demokracja francuska
okazała się w znaczeniu moralnym wielkością równa zeru. Dotychczas trzymała
się ona u steru jedynie mocą inercji, dawno już roztrwoniwszy swój kapitał
moralny; skoro zas wypadło jej przystąpić do reorganizacji mocno okrojonego
gospodarstwa, w momencie licytacji między komunizmem i monarchią z bożej
łaski - bez namysłu i bez walki oddała poniżej ceny kosztu miejsce zajmowane
przez nią od czasów Wielkiej Rewolucji w ręce najczarniejszej, ukoronowanej
reakcji, byleby zachować swą rentę w całej jej nietykalności.
Łysy pan obejrzał się lękliwie dokoła, czy ktoś nie słyszy, i podniósł
ostrzegawczo palec do ust. Nie wiadomo, czy chciał coś zareplikować, wyprzedził
go bowiem trzeci z panów, dotychczas milczący, o dorodnej głowie, przepłatanej
przez pół, jak orzech, cięciem nieposzlakowanego przedziału.
- Niewatpliwie ma pan wiele słuszności - powiedział, ważąc słowa z
godnością i umiarem urodzonego parlamentarzysty. - Nie podzielam jednak
pańskiego pesymizmu. Zapewne, możliwe, że ludność Paryża, wymierając w
tempie dotychczasowym, wymrze całkowicie, zanim uda się unieszkodliwić
epidemię. Jest to jednak ostatecznie też tylko hipoteza, równie możliwa,
jak i hipoteza przeciwna. Winniśmy brać ją pod uwagę, lecz nie wolno nam
podnosić jej do znaczenia pewnika. Dziesiątki i setki uczonych i lekarzy
za kordonem pracują nie pokładając rąk nad zwalczeniem śmiercionośnego
zarazka; nikt nie może zaręczyć, że im się to nie uda nie dziś, to jutro.
W każdym bądź razie nie podobna zaprzeczyć, że wypadki, których jesteśmy
świadkami, są ze wszech miar symptomatyczne i pouczające. Przy próbie ponownego
zagospodarowania się w tej zmniejszonej skali - pozwoli pan, że użyję pańskiego
wyrażenia - demokracja nasza istotnie, musimy to przyznać, nie zdała swego
egzaminu. Nie powinniśmy jednak wyciągać z tego zbyt daleko idących wniosków.
Wszystkim wiadomo, że klasy panujące starzeją się w miarę tego, jak przejadają
swój kapitał rewolucyjny, który wyniósł je do władzy. Burżuazja francuska
nie jest i nie może być z tej reguły wyjątkiem. Przedwcześnie byłoby jednak
wnioskować, że burżuazja francuska odegrała już swą rolę historyczną i
musi zejść ze sceny. Dziś, gdy nauka bliska jest tajemnicy odmładzania
osobników, dlaczego nie mielibyśmy się pokusić o odmładzanie całych klas?
Proceder tego odmładzania będzie, notabene, o wiele prostszy. Wystarczy,
że klasa rządząca zrezygnuje ze swych przywilejów i stanie się na pewien
czas klasą rządzoną. Nic nie odmładza tak bardzo, jak opozycja. Jest to
fakt dobrze znany z praktyki parlamentarnej.
Burżuazja francuska, która od dawna już roztrwoniła swój kapitał moralny
nagromadzony przez Wielką Rewolucję i straciła do reszty swój kredyt w
masach, potrzebuje tego zabiegu bardziej, niż jakakolwiek inna klasa jakiegokolwiek
innego narodu. W interesie zachowania przez nią jej stanowiska kierowniczego
należało już od dawna zainscenizować bodaj jakiś zamach stanu, jakąś restaurację
monarchii, która pomogłaby po pewnym czasie burżuazji odegrać powtórnie
jej rolę oswobodzicielki. Skoro taki stan rzeczy powstał sam przez się,
możemy się z tego tylko cieszyć.
Opracowuję własnie obecnie memoriał, który z chwilą stłumienia epidemii
przedłożyć chcę rządowi w Lionie. Dowodzę w nim, że natychmiastowe zlikwidowanie
monarchii paryskiej byłoby niewybaczalnym błędem. Przeciwnie, utrzymuję,
że rząd i demokracja powinny przyczynić się wszelkimi środkami do rozpowszechnienia
ustroju monarchistycznego na całą Francję, dopomagając mu do zdławienia
wspólnego nieprzejednanego wroga - komunizmu. Dopiero z góry uplanowana
i w odpowiednim momencie umiejętnie przeprowadzona rewolucja, której burżuazja
potrafi dokonać bez pomocy innych klas i oczywiście bez przelewu krwi,
wróci jej moralny kredyt rewolucyjny wsród mas, podniesie jej autorytet
i osłoni jej pierś nowym pancerzem przed niebezpieczeństwem komunizmu...
Czy i co odpowiedzieli na tę tyradę łysy pan i pan w binoklach, rotmistrz
Sołomin już nie dosłyszał. Zrobiło mu się nagle nieskończenie nudno. Przypomniały
mu się mitingi moskiewskie za Kiereńskiego z tasiemcami przemówień, w których
słowo "demokracja" powtarzało się niemniejszą ilość razy, tylko że z mocnym
rosyjskim przyświstem. Wzmianka o komunizmie przypomniała mu o tamtych
gagatkach, odsypiających się z komfortem we francuskim więzieniu ("u nas
się odeśpią!").
Spojrzał na zegarek: druga. Znów zmitrężył czas! I nie dojadłszy tak
starannie zamówionego śniadania, zapłacił słony rachunek i pustymi, nagle
ogołoconymi z uroku ulicami podążył w strone Pałacu Burbońskiego.
Tym razem układy potoczyły się raźniej i niespełna po godzinie kładąc
na czarnym od paragrafów i klauzul arkuszu zakrętas swego podpisu rotmistrz
Sołomin uśmiechnął się w myśli - nareszcie!
Ostatni szkopuł: termin. Francuzi chcą wydać więźniów jutro. Przewodniczący
delegacji rosyjskiej chciałby jeszcze dzisiaj. Niemożliwe - formalności
itd. (Jakie tu mogą być jeszcze, u licha, formalności?). Trzeba było przystać
na jutro. Rosjanie chcą przysłać po odbiór jeńców dwóch oficerów. Francuzi
oponują. Odstawią sami na most, wydadzą za pokwitowaniem przednim strażom.
- Cóż, niech będzie i tak. A zatem - jutro rano, o jedenastej.
Obie delegacje w milczeniu uścisnęły sobie dłonie.
Czarny sześcioosobowy Fiat półkolem cienistego nadbrzeża miękko potoczył
się w stronę mostu Iena.